Są rodziny pełne tajemnic. Są takie, gdzie przy każdym spotkaniu wyciąga się rodzinne brudy i są takie gdzie przepływ informacji jest doskonały. Wie jedna osoba, więc wiedzą wszyscy. Ale są też takie z tajemnicami. Taka jest moja rodzina. To co się mówi to tylko pozytywy i tylko rzeczy dokonane. To strasznie czasem irytujące.
Ponad dwa tygodnie temu Lutka bąknęła, że nie wie czy pojedzie na ślub swojej chrzestnicy. Ślub jest w lipcu, w drugim końcu świata i dziadki mają lotnicze bilety od dawna kupione. Brat zadzwonił do mnie i mówi: Wybadaj co co chodzi. Zaczęłam więc Lutkę cisnąć i wydusiłam od niej tylko: Nie nic. Muszę tylko zrobić kilka badań.
A dzień później powiedziała: Idę na kilka dni do szpitala. Takie tam kobiece sprawy... Bufff… Nerw nam z bratem skoczył, ale nie szło się od niej nic dowiedzieć. Ani od niej, ani od taty. W końcu sumując fragmenty informacji (po co się robi i USG i rentgen?) przydusiliśmy na tyle, że padło straszna fraza: komórki rakowe. I wtedy rozmowa poszła trochę łatwiej. Mały na kilka dni do niej pojechał i pomógł tacie. Stało się jasne, dlaczego mama się boi. A jak boi się taki twardziel jak ona to wszyscy wokół też zaczynają się bać.
W czwartek Lutka miała operację. Poważną. Dziś wyszła mrucząc, że ona nie ma czasu chorować bo musi jeszcze wnuki wychować 🙂 Przed nami dwa tygodnie niewiadomej w oczekiwaniu na wyniki histopatologiczne, ale mamuśka już w domu. Ugotowała sobie lekkostrawny obiadek i czuje się dobrze. Śmiać się nie może, bo pocięty brzuch boli, więc jej dogryzam, że myślała, że tak jej się w życiu upiekło, bo dzieci naturalnie rodziła, a teraz zobaczy jak to jest jak z blizną na podbrzuszu :)) Za wcześnie na radość, ale cieszę się, że to już za nami.
