List pierwszy do Ł.

Dzieciaki czasem zostają same. Nie na długo, z telefonem w zasięgu i z numerem do mnie zapisanym w kilku miejscach. Łucja zresztą zna go już na pamięć. Drożdże zostają gdy podrzucam Diabla na dworzec rano, albo odbieram po południu. Zajmuje to około kwadransa. Czasem gdy rano go odwożę jeszcze przed siódmą to towarzystwo śpi, a po południu jest w najlepsze zajęte zabawą. To bardzo wygodne, a przecież po jednej i drugiej stronie naszego segmentu są czujne sąsiadki. Nie chce mi się ich budzić, ubierać i zaganiać do auta, a po południu jak włączę bajkę to jak wracam to siedzą w tych miejscach, w których ich zostawiłam.

Ale Łucja marzy o tym, żebym zostawiała jej też kartkę. 🙂 Bo ona taki czytelnik jest. Dziś rano jak wychodziliśmy weszłam do ich pokoju sprawdzić czy śpią i ona nie spała. Mówię jej:

  • Łuczku, ja jadę odwieźć tatę, zaraz będę. Możesz się ubrać, albo zaczekaj jak wrócę to Ci powiem czy jest zimno. Tak przez okno to dziś pogoda byle jaka.
  • Dobrze. Ale NAPISZ mi kartkę. Ja niby jeszcze śpię.

No więc napisałam 🙂 Dziwnie tak pierwszy list do własnego dziecka napisać :)) Ach, i usłyszałam, że Łuczku było trudne i mam pisać Łucja 🙂

<><>

I w bonusie brum-brumujący właśnie Mieszeczek: