W Święto Pracy refleksja o pracy

Podobno w necie dużo jest kłótni matek pracujących z niepracującymi. Podobno bo nigdy nie szukałam takiego tematu, choć na jakieś fragmenty dyskusji trafiałam wiele razy. Pracujące zarzucają niepracującym, że są nierobami, a niepracujące pracującym, że nie zasługują na miano matek skoro przez większą część dnia ich przy dziecku nie ma. Tak szczerze, to uważam, że bardziej racje mają te pierwsze (pracujące).

Wiem o tym dobrze, bo ja, pomimo całej masy chałtur, które próbuję z różnym efektem odwalać, uważam się za należącą do grupy niepracujących. I do matek, które są gdzieś na etat żywię ogromny podziw. Nawet jeżeli w pracy mogą się napić kawy i poplotkować, poczuć kobietami, a nie matkami, to wiem, że przy dzieciach praca jest całodobowa. Sprawdzamy przed zaśnięciem czy się nie rozkopały i dobrze śpią, przychodzimy na nocne zawołania i nieprzerwanie nastawiamy kolejne pranie. I nawet najdoskonalszy partner nie ściągnie z nas większości domowych obowiązków. Co więcej jeśli NOC mamy taką bezsenną, to mimo wszystko łatwiej być śniętym zombie przez kolejny dzień w domowych warunkach niż poza domem.

Ale zdecydowanie uważam, że przynajmniej na tym pierwszym etapie życia dziecka praca nie może być 12 godzinna. Mają dziewczyny koleżankę na osiedlu. Jej mama wraca z biura o 19-stej. Tata odbiera ją z zerówki po 16-stej. Nie powinnam oceniać, bo najłatwiej wlepia się metki i sama tego nie znoszę, ale wg mnie tej małej brakuje mamy. W doborze ubranek z innych pór roku, w kuchennych i smakowych potrzebach, w opowiadaniu przedszkolnych przygód i w tej codziennej dawce babskiej niekonsekwencji i rozpieszczania.

 

W którymś momencie swojego paromiesięcznego przebywania w domu, Diabli stwierdził: Praca jest złem. Pomijając lawinową poprawę relacji rodzinnych, wyregulowały mu się wszystkie wewnętrzne procesy. Organizm, który miewał swoje humory zaczął działać prawidłowo. I chociaż fajnie jest móc coś robić i zarabiać pamiętajmy, żeby zachować w tym umiar! 😀

<><>

Ważnym wydarzeniem dnia dzisiejszego jest nowa umiejętność Łucji.

Dziś (1 maja 2013) nauczyła się jeździć na dwukołowym rowerze! Kółka ambitny tatin odkręcił w czerwcu roku ubiegłego, ale panna była tak pełna obaw, że dopiero po roku nabrała śmiałości do samodzielnej jazdy. Nie umie jeszcze zakręcać, ale sama, bez trzymania jej za kijek przejeżdża ulicę dziadków. Umie startować i hamować. A na jutro umawiam się z nią na wycieczkę rowerową! 🙂