UL

Dzwonią do mnie co chwilę. Nie Diabli, bo on przy brzęczącej trójce ma niezły deficyt czasowy, a dzieci. Dziś rano pierwszy telefon miałam o 7-mej 🙂 Oj, nie nawykliśmy się rozstawać! Trzy razy nam się to dopiero zdarzyło:

  • Pierwszy raz zostawiłam Łuczę jak rodziła się Lila. Zostawiłam ją wtedy na 9 dni. Strasznie długich dla takiego malucha. I jeszcze dłuższych dla mnie. Ona mnie w ogóle nie rozpoznała jak wróciłam. Marzec 2008.
  • Drugi raz panny zostały same jak robiliśmy remont (i Mieszka;). To było jakieś trzy dni, które spędziły u dziadków. Weekend majowy 2010.
  • No i trzeci raz jak rodził się Mieszko. To było jakieś 8 dni, które panny przeczekały również u dziadków. Styczeń 2011.

Więc jak sami widzicie nie było tych rozstań dużo. Zato śnią mi się teraz całymi nocami, a jak jest taka cisza jak teraz to łapię się na tym, że chodzę na palcach, bo przecież śpią… 🙂 

A cisza jest bo dziadki poszły na sąsiedzkie urodziny. Była to dla mnie okazja by znaleźć wypis szpitalny Lutki… Tam są przecież informacje ważne również dla mnie! I znalazłam go. Rodzice zawsze byli słabi w chowaniu. Prezenty świąteczne lokalizowaliśmy z bratem już po kilku godzinach od zakupu. A wypis? Dobrze diagnozowaliśmy na podstawie strzępków informacji. I chwała regularnym badaniom okresowym, na które musiała chodzić.

<><>

Googlałam i przeglądam sobie imprezowe gadżety, gdy odkryłam honeycombs🙂 Był boom na chińskie papierowe lampy, potem jak wiecie były pompony, a teraz mamy pszczele kule 🙂 Są przepiękne! Można je oczywiście łączyć z pomponami i lampami, ale są ZUPEŁNIE inne :))

Na Boże Ciało zawsze jest piękna pogoda

I tym razem płatków do sypania by nie zabrakło. Synek zastawił mamuśce dom tulipanami, żeby miała pięknie jak wyjdzie ze szpitala, więc z każdego kąta spoglądają na nas wielkie bukiety kwiatów. Lecz piękny ubiegłoroczny plan procesyjny przenosimy na przyszły rok.

Dziś tatin miał zabrać dzieci na jakąś wycieczkę, a ja tymczasem zajmuję się wykonaniem wskazanych przez Lutkę zadań. Zniosłam krochmal do pralni, odkurzyłam, przejechałam jakimś parowym mopem łazienki (super wynalazek) i wyniosłam z Krzychem z garażu leżak. Wyrwałam też wielkie kępy niezapominajek. Nie wiem czemu Lutka chciała się ich pozbyć, ale czasem człowiek czuje potrzebę czystek. Wyrzuca coś co trzymał latami bojąc się użyć, coś co hodował z pasją czy coś co tworzył zaniedbując wszystko inne. Co zawiniły biedne kwiatki nie wiem… Chciała mama by zniknęły wszystkie niezapominajki z ogródka, więc zniknęły.

Ach, i obudziłam się dziś o 10-tej. Po 10 godzinach snu 🙂 Od szóstej miałam takie przebłyski, czemu nie słyszę dzieci, zrywałam się i zasypiałam na nowo :))) Spa i relaks na pełny etat ;))

Home alone

Jest ten program Trinity & Susannah, gdzie dwie modne babki zabierają te zapuszczone gospodynie domowe na przeróbkę ich stylizacji. I za każdym razem gdy „porywają” na metamorfozę jakąś brytyjską mamuśkę każą jej zostawić komórkę w domu. Te kobitki szału dostają jak tam sobie mąż daje radę z dziećmi!!! Ja mam podobnie 🙂 Nikt mnie co prawda nie zabrał na zakupy, ale za to dzieci zostawiłam z mężem. Tatin ma zapewnić atrakcje do soboty. Bo korzystając z tego, że Diabli wziął urlop na piątek, zapakowałam się w PKS i pojechałam do Lutki. 

Podróż zleciała przyzwoicie (nie pamiętam kiedy ostatnio jechałam busem i czułam się jak na wakacjach), siedzę teraz z dziadkami i patrzę na tę moją mamuśkę. Ma się dobrze :)) I to bardzo dobra wiadomość. Zła taka, że strasznie tęsknię za tą moją trójką! :))

Badanie OBOP pokazało, że 23% Polaków marzy o trójce dzieci

-Niezłe, nie? 🙂 Btw. w tym samym raporcie podali, że tylko 7% chciałoby mieć czwórkę.

A jak tak sobie myślę, że przy tych dzieciach to atrakcji nie brakuje. I to ogarnianie jest po prostu czasochłonne… Bo za nami wizyta u doka z cyklu czy to jest okej. Tym razem na tapecie był interes młodego, który wydawał mi się zaczerwieniony na czubku (napatrzę się na te męskie klejnoty za wszystkie czasy 😉 I okazało się, słusznie, że poszłam. Lekki stan zapalny: 3x dziennie przemywać, ściągać SKÓRĘ :))  i smarować maścią z antybiotykiem.

<>

Dwie historyjki z cyklu MÓJ MAŁY BRACISZEK 😉

Łucja

Po obiedzie, który dziś jest z rozmachem: deser. Zabieram ze stolika talerze z resztką kaszy, ale już stoją miseczki z truskawkami ze śmietaną. Jedno ziarenko z odlatującego talerza się odkleiło i wpadło do jednego pucharka. Pilnująca największej porcji Łucja szybko reaguje:

  • Nie przejmuj się. To Mieszka. Jemu jest wszystko jedno 🙂

Proszę jaka troskliwa może być taka starsza siostra :))

 

Lila

Młodzian ogląda Minimini. Panny urzędują w kuchni kombinując jak tu wyhaczyć kawałek ciasta. W telewizji zaczyna się Bob Budowniczy. Młody krzyczy:

  • BOB!!! Łucja, Ila – BOOOB!!!

 

Łucja filozoficznie do Lili:

  • Gdyby mu teraz przełączyć to by się zdenerwował.

Lila na nią patrzy uważnie i mówi:

  • Tak? To pójdę mu przełączyć.

I poszła :))) Skarb nie siostry, nie? 🙂

Zadrżał monolit

Są rodziny pełne tajemnic. Są takie, gdzie przy każdym spotkaniu wyciąga się rodzinne brudy i są takie gdzie przepływ informacji jest doskonały. Wie jedna osoba, więc wiedzą wszyscy. Ale są też takie z tajemnicami. Taka jest moja rodzina. To co się mówi to tylko pozytywy i tylko rzeczy dokonane. To strasznie czasem irytujące.

Ponad dwa tygodnie temu Lutka bąknęła, że nie wie czy pojedzie na ślub swojej chrzestnicy. Ślub jest w lipcu, w drugim końcu świata i dziadki mają lotnicze bilety od dawna kupione. Brat zadzwonił do mnie i mówi: Wybadaj co co chodzi. Zaczęłam więc Lutkę cisnąć i wydusiłam od niej tylko: Nie nic. Muszę tylko zrobić kilka badań.

A dzień później powiedziała: Idę na kilka dni do szpitala. Takie tam kobiece sprawy... Bufff… Nerw nam z bratem skoczył, ale nie szło się od niej nic dowiedzieć. Ani od niej, ani od taty. W końcu sumując fragmenty informacji (po co się robi i USG i rentgen?) przydusiliśmy na tyle, że padło straszna fraza: komórki rakowe. I wtedy rozmowa poszła trochę łatwiej. Mały na kilka dni do niej pojechał i pomógł tacie. Stało się jasne, dlaczego mama się boi. A jak boi się taki twardziel jak ona to wszyscy wokół też zaczynają się bać.

W czwartek Lutka miała operację. Poważną. Dziś wyszła mrucząc, że ona nie ma czasu chorować bo musi jeszcze wnuki wychować 🙂 Przed nami dwa tygodnie niewiadomej w oczekiwaniu na wyniki histopatologiczne, ale mamuśka już w domu. Ugotowała sobie lekkostrawny obiadek i czuje się dobrze. Śmiać się nie może, bo pocięty brzuch boli, więc jej dogryzam, że myślała, że tak jej się w życiu upiekło, bo dzieci naturalnie rodziła, a teraz zobaczy jak to jest jak z blizną na podbrzuszu :)) Za wcześnie na radość, ale cieszę się, że to już za nami.

Cała prawda o byciu mamą

Wiecie już na pewno, że życie to sinusoida. Są chwile piękne i wzruszające, o których niestety szybko się zapomina, i są momenty trudne i straszne, które mogą gryźć nas miesiącami. Nie wierzę w romantyczny frazes, że w takich chwilach pomaga nam kochający partner. To coś na zbiera do do kupy to miłość do własnych dzieci.

Być może przyjdzie moment, że będę waliła głową w mur krzycząc: Gdzie popełniłam błąd!? Lecz na razie w mojej relacji mama-dziecko ja głównie biorę. Dzieci to taki bezpieczny backup… Zawsze w trudnych chwilach myślę o nich i każda sprawa staje się jeśli nie błaha, to przynajmniej nie tak dramatyczna. 

Równo 8 lat temu siedziałam na słonecznym tarasie i rozpaczałam, że nie udało mi się zostać mamą. Nie rozumiałam czemu ktoś na górze nie dał mi szansy. Diabli robił porządek w ogródku, czułam się kochana i otoczona opieką, ale gul żalu jaki miałam w sobie był tak wielki, że nie cieszyło mnie absolutnie nic.

Z samego rana wręczono mi trzy laurki. Pełną wyznań miłosnych od Łucji, zamalowaną serduszkami od Lili i pełną KÓŁEK od Mieszka (Co to jest Mieszulku? KÓŁKA!). I to bardzo fajne prezenty są. Chociaż jak wiecie, drogie mamy, nagrody za naszą najważniejszą rolę otrzymujemy codziennie. Co godzinę. Co minutę. Co chwilę! 🙂

<>

Ach i żeby nie było tak patetycznie rysunek jak dobrze możemy DZIŚ nasze święto odświętować :))

Ze wszystkich czynności poznawczych samodzielne czytanie najbardziej angażuje mózg, rozwijając go

Wyrósł na sierpniówkach wątek o nauce czytania. Właściwie to już wszystkie sierpniaki szybciej lub wolniej z książkami sobie radzą, ale zawsze ciekawie poczytać na czym się uczyły. U nas długo królowały komiksy, ale żaden nam nie podszedł idealnie. Mak Kwaki i Tytusy nieciekawe, Asteriks za trudny i najlepiej sprawdzały się te z gazetek. Tyle, że zdecydowanie nie wszystkie, bo a to czcionka nie ta, a to dużo obcojęzycznych imion, no a zresztą co to za czytanie przez 3 strony raz w miesiącu?

Lecz okazało się, że Egmont wypuściło serię do nauki czytania: Czytam sobie. Trzy poziomy (label w rogu) napisane przez polskich autorów, opracowane przez metodyków i zilustrowane przez świetnych grafików. Czcionki w tekstach mają różny rozmiar oraz proporcje względem rysunków stosownie do poziomu odbiorców. Poziom pierwszy to krótkie zdania i 23 podstawowych głosek, kolorowe ilustracje i ramki ze słowami do głoskowania. Poziom drugi to większa proporcja tekstu, ćwiczenia na sylaby i proste dialogi. Poziom trzeci to czarno białe ilustracje upodabniające książeczki do „dorosłego tekstu” i trudniejsze słowa oznaczone gwiazdką i wyjaśnione na końcu książki.  Czytam sobie NIE jest serią do wspólnego czytania: rodzic NIE powinien się dać namówić, na głośne czytanie tych książek. Czytanie ma dawać poczucie sukcesu, zresztą na końcu są naklejki z nagrodami 🙂 Kupiłam pięć (inne niż te na foto niżej ;). Na razie tylko poziom pierwszy i drugi. I okazało się to co podejrzewaliśmy od dawna, że Lilka czyta! Siedzi z tym poziomem pierwszym i duka :)))

Dziewczyny na forum polecają też Pierwsze Czytanki wydawnictwa Papilon. Proste zdania, duże litery i najlepsi polscy autorzy. Też planuję je kupić! :))

wafli

W domu gdzie są dzieci zawsze są jakieś „chrupaki”. W domu gdzie są dorośli pewnie też, ale wymóg jest wtedy podyktowany łakomstwem a nie potrzebą 😉 Chrupaki to coś niesłodkiego co zawsze można awaryjnie dzieciom dać. Bo chcemy chwilę pospać, bo obiad będzie spóźniony, albo bo był późno i wiadomo, że kolacji robić nie ma sensu. Chrupaki można zabrać do auta (i liczyć później na wyrozumiałość męża, że znowu jest nakruszone), albo dłuższy spacer. I każda mama ma swój chrupakowy typ. Ja szukałam długo. Wafli ryżowych i kukurydzianych nie znoszę. Smakują jak tektura, a mała Lilka miała kiedyś na nie uczulenie. Flipsopodobne zamieniają się w twardą żółtą kulkę, a zresztą Mieszko ich nie jada. Płatki śniadaniowe są okej, ale ZAWSZE któreś je rozsypie. Sprawdzały się pieczywo-pochodne jak grissini czy paluszki, ale schodzą za szybko i wyjada je Diabli. I oto odkryłam (na nowo) wafle! Takie, które można przekładać. Kupiłam dwie paczki i poszły błyskawicznie, więc trzecia została już awaryjnie schowana. Można z nich wycinać serduszka i auta. A ponadto nie wiem czy pamiętacie, ale czasem na weselach podawany jest tort na kwadratach wafli. I to jest świetny patent! Zawsze na przyjęciach brakuje mi talerzy na tort (bo brudzą się wcześniej) a przecież mogę podać (przynajmniej dzieciom) na wafelkach!

<><>

Po kąpieli zabrałam się za obcinanie paznokci dzieciakom (60 sztuk zajmuje 10 minut). Przy okazji czyściłam im też patyczkiem uszy.  Było to na życzenie Łucji, która w piątki w świetlicy ma zawsze zabawę w głuchy telefon ;)) Z dwójką poszło gładko, ale w dialog wdałam się z Lilką:

  • Ałaa!!! Dotknęłaś mi patyczkiem mózgu!
  • Nieprawda. Tylko tak tu po krawędzi jeżdżę.
  • Mózg jest kulką. Dotkęłaś mi kulki!
  • Mhm.
  • Mamo, a wiesz, że mózg jest kremowy, a nie różowy?
  • Ja wiem, ale skąd Ty wiesz?? 🙂

List pierwszy do Ł.

Dzieciaki czasem zostają same. Nie na długo, z telefonem w zasięgu i z numerem do mnie zapisanym w kilku miejscach. Łucja zresztą zna go już na pamięć. Drożdże zostają gdy podrzucam Diabla na dworzec rano, albo odbieram po południu. Zajmuje to około kwadransa. Czasem gdy rano go odwożę jeszcze przed siódmą to towarzystwo śpi, a po południu jest w najlepsze zajęte zabawą. To bardzo wygodne, a przecież po jednej i drugiej stronie naszego segmentu są czujne sąsiadki. Nie chce mi się ich budzić, ubierać i zaganiać do auta, a po południu jak włączę bajkę to jak wracam to siedzą w tych miejscach, w których ich zostawiłam.

Ale Łucja marzy o tym, żebym zostawiała jej też kartkę. 🙂 Bo ona taki czytelnik jest. Dziś rano jak wychodziliśmy weszłam do ich pokoju sprawdzić czy śpią i ona nie spała. Mówię jej:

  • Łuczku, ja jadę odwieźć tatę, zaraz będę. Możesz się ubrać, albo zaczekaj jak wrócę to Ci powiem czy jest zimno. Tak przez okno to dziś pogoda byle jaka.
  • Dobrze. Ale NAPISZ mi kartkę. Ja niby jeszcze śpię.

No więc napisałam 🙂 Dziwnie tak pierwszy list do własnego dziecka napisać :)) Ach, i usłyszałam, że Łuczku było trudne i mam pisać Łucja 🙂

<><>

I w bonusie brum-brumujący właśnie Mieszeczek:

Usypiania przypadki trzy

Łucja:

  • Mamo, przyniesiesz mi coś do jedzenia?
  • Na co masz ochotę? Ogórka, marchewkę, nektarynkę?
  • Na ogórka. I nektarynkę.
  • Zaraz przyniosę.

Panny leżąc w łóżku jedzą. Wiem, zwyczaj fatalny, u dziadków im się to nie zdarza. Lecz zanim doniosę tego obranego ogórka Łucja już śpi. Zasypia zaraz jak przykłada głowę do poduszki.

Mieszko:

  • Tata?
  • Tata usypia dziewczynki.
  • Mój tata!
  • Twój.
  • Moja Łucja!
  • Twoja Łucja!
  • Moja Lila!
  • Twoja.
  • Moja Gaga!

I dopóki nie wymieni wszystkich znanych mu pań nie zaśnie. Zabawne, że przerabia na swoją nowomowę imiona i tak np. mała sąsiadka Pola to Lola 🙂

Lila:

  • Mamo… A Ty masz siostrę cioteczną?
  • Mam. To ciocia Milena. Twoja chrzestna.
  • A kto jest Twoją chrzestną?
  • Ciotka Maryla. Żona brata babci. Babcia Lucia ma brata. Wujka Heńka. I jego żona jest moją chrzestną. Rozumiesz?
  • Tak. A jak on wygląda?
  • Wujek Heniek? Ma wąsy i brodę.
  • Nie chciałabym mieć męża z wąsami. 
  • To pewnie nie będziesz mieć.
  • A ten w Egipcie?
  • Ten, który wiózł nas łodzią?
  • Tak.
  • On chyba nie miał wąsów.
  • A jak Ty mnie przed nim ukryjesz? 
  • Nie muszę Cię ukrywać. On Cię nie pozna. 🙂
  • Pozna. Po OCZACH!

I tak dalej bez końca, skacząc po tematach i skojarzeniach :)) Wyjaśniająco dodam, że dawno temu, jak Lila miała dwa latka byliśmy na wakacjach w kraju faraonów. Pojechaliśmy na wycieczkę łodzią wokół której skakały delfiny. I jak wróciliśmy to Lilę na ląd zniósł właściciel łajby. Oddając nam ją powiedział: Take a good care of her. She will be my wife. Lila historię uwielbia i raz po raz w tym nocnym zasypaniu przywołuje :))