Po wywinięciu tego kosmicznego kwiatu lotosu, gdy było już jasne, że chwilę nie pochodzę, Lutka poszła do sąsiadki po kule. Jadzia korzystała z nich przez dwa lata, po jakimś skomplikowanym złamaniu i były jej już nie potrzebne. Kule były świetne. Miały wąski (damski?) uchwyt na przedramię, dzięki czemu ręka nie latała, szerokie gumowe zakończenie u dołu i bardzo szczegółową regulację do wzrostu (btw. od tego podciągania trochę urosłam, tzn. pewnie poluzowałam odstępy między kręgami i to z czasem siądzie, ale w trakcie musiałam przesunąć ustawienia o 2 cm). Bywałam w różnych placówkach i szpitalach i takich jak ja nie miał nikt.
Ponieważ nie są mi już potrzebne (przydają się za to świetnie trzymające stopę wysokie zakopiańskie kapcie, które dostałam parę lat temu od teściowej ;)), poprosiłam Lutkę, że jeśli będzie gdzieś się wybierać niech do nas zajrzy i kule zabierze.
I ponieważ bardzo mi się przydały, chciałam kupić Jadzi jakiś prezent. Jadzia to emerytowana polonistka, która dużo czyta, więc książka wydała mi się najodpowiedniejsza. Tylko jaka? Mhm… jako, że czyta głównie książki z biblioteki pomyślałam, że najlepsze będzie nie czytadło, lecz książka do której się chętnie wraca. Ładnie wydana i może jakiś album? I tak szukając co by się nadało wybrałam książkę o Skrzatach. Dziś przyszła i jest cudowna! To taka baśn dla dorosłych, piękne ilustracje, różne czcionki, legendy i historie. Jadzia zdaje się zresztą ma krasnala w ogrodzie :)) Są fragmenty brutalne, jak opisy tortur, co dyskwalifikuje ją jako książkę dla dzieci, ale pewnie i tak za rok kupię ją dla nas i po prostu przy wieczornym czytaniu będę pewne strony przeskakiwać :))

<>
- Łukasz, widzisz co się zmieniło w moim prasowaniu?
- Stoisz!
- No! 🙂
