Za mną kontrola. Jakąś taką miałam cichą nadzieję, że zdejmą i już puszczą, ale zdjęli, zrobili rentgena i jeszcze raz to „białe kruszące się wszędzie” założyli. Ta goła noga była jak galareta. Plus taki, że się zrasta, a w przypadku śródstopia to wcale nie był pewnik. Zdjęcie opatrunku dopiero za dwa tygodnie, a nie za tydzień jak miało być. Choć będzie inaczej: najbliższy tydzień tak jeszcze ostrożnie, a potem spróbować się wspierać i poruszać tylko o jednej kuli.
Śmiał się ze mnie Diabli jak szliśmy na tego rengena, że czułam się bezpiecznie, a teraz się boję. On zahartowany w tego typu przygodach wie, jak to jest ja ci gips ściągną… Btw. nie chciałam tego ściągania, bo tamten już miałam wyślizgany i wyrobiony, zresztą ten mokry gips to zimny i nieprzyjemny przez pierwsze 2 dni, ale ponoć zrosty najlepiej oceniać na gołej nodze. Buuuu…. Lekarz, bo mu się awanturowałam, że nie chcę gipsu, zlecił wykonanie krótszego opatrunku. Był biały kozak, a teraz mam białego trampka.
Ale co najgorsze zdałam sobie sprawę w ciągu tej pół godziny „golizny”, że to dopiero początek. Boję się postawić tę nogę, zresztą ona słaba i trudno na niej polegać. Za czasów kiedy mieszkałam z bratem był taki piłkarz. Marek Citko, albo Marek Sitko. Złoty chłopiec budzący nadzieję na drugiego, tym razem polskiego, Maradonnę. I on miał jakąś kontuzję ścięgna. Nie wiem co teraz robi i czy wogóle gdzieś gra, ale wtedy po prostu zaczął się bać. Że ktoś go uderzy i znowu będzie niesprawny. Mały mówił: On już nigdy dobrze nie zagra.
Do futbolu się nie wybieram, ale wiem o co chodzi z tym lękiem. Ech, pofatalizowałabym dalej, ale mąż mnie goni bym sobie drugą łydkę wydepilowała 🙂 Bo ten gips przez 5 tygodni to nieźle na porost włosów działał 🙂
