Mając lat późno naście (16-17?) słuchałam, albo oglądałam program o autorytetach. Najpierw był słowotok jakiegoś mądralińskiego, a potem ludzie w ulicznej łapance. Kto jest dla Ciebie wzorem? Odpowiedzi były różne. Rodzice, papież, czyjś wujek albo chrzestny. Poszłam więc do kuchni do Lutki i z całą tą „mądrością” nastolatka zaczęłam prawić:
- Wiesz, słuchałam właśnie program o autorytetach, gdzie na koniec pytali ludzi kto jest dla nich wzorem do naśladowania. Ludzie mówili, że papież, albo, że rodzice. I nie obraź się mamuś, bo wiesz, że bardzo Cię kocham, ale Ty nie jesteś dla mnie wzorem. Uważam, że wiele, rzeczy źle sobie układasz.
Lutka przewróciła kolejnego kotleta, upiła łyka gorzkiej herbaty, która towarzyszy jej od zawsze i zapytała:
- A kto jest?
- No, nie wiem… Ja chyba nie mam autorytetu. Sama dla siebie jestem wzorem.
I teraz, wiele lat później dochodzę do wniosku, że podziwiam moją mamę. Jest dla mnie wzorem, mam nadzieję, że nie niedoścignionym i że kiedyś uda mi się osiągnąć tyle co jej. Podziwiam jej drogę zawodową, próbuję naśladować jej zupy i domową organizację. Ale najbardziej imponuje mi jej elastyczność i zdolności adaptacyjne. Córka złamała nogę? Okej. Damy radę. Przyjedź z dziećmi. Przyjeżdża do nich córka kuzynki Krzycha, ojciec wybywa na Ukrainą, a Lutka mówi: Zajmę się nią. Po prostu bierze te kłody i przeszkody i przerzuca nie odczuwając najmniejszego dyskomfortu z tytułu ich pojawiania się.
Powiedziałam jej to. Nie sądzę, by tamto wyznanie, wiele lat temu było dla niej jakoś istotne, ale ja dla siebie potrzebowałam jej powiedzieć, że już tak nie myślę. Od dawna nie myślę. Choć i tak mam wrażenie, że milsze i ważniejsze jest dla niej, że wnuczek mówi do niej: Babci:)
