

Jako dziecko uwielbiałam biegać po cmentarzu w mieście chrząszcza. Ganialiśmy się z bratem, wszędzie świeciły się światełka, a dorośli rozmawiali o szkolnych czasach. Maczaliśmy palce w wosku w świeczkach i wracaliśmy z rodzicami do domu babci na ciepłą herbatę. Zawsze było jakieś ciacho i chyba zawsze zostawaliśmy tam na noc. I cieszę się, że tak to się to w tym roku wyszło, że udało mi się tam zabrać dzieciaki 🙂


No dobra 😉 Mieszkowi było wszystko jedno, Łucja marudziła, że ją bolą nogi, ale Lilka była zachwycona. Późniejszymi ptysiami zresztą też 🙂

Smakołyków było zresztą więcej… Okazało się, że znalazłyśmy w ogródku krzew z malinami z nieoberwanymi owocami! Może nie były jakoś super słodkie, ale były! 🙂


I jeszcze w bonusie fragment tej co dziś jako jedyna nigdzie dziś nie poszła 😦

Ale i tak spędziła wspaniały dzień :)))
