Łandrzejki!

Sądzę, że nasz GOK nie jest jedynym miejscem, gdzie impreza Andrzejkowa została ustalona na 30-go, a nie 29-go. Bo chociaż Andrzeja jest dziś, to wróżbową imprezę powinno się robić w Wigilię dzisiejszego dnia. No ale jest piątek i to pewnie dodatkowo przyczyniło się do wyboru daty. Na 18-stą panny poszły obie. Lały wosk, ustawiały buty i walczyły o to, która pierwsza wyjdzie za mąż. Łucza wzięła aparat, ale ponieważ nagrała same filmy (rwetes i biegające dzieci) to fota z komórki Diabla:

Ja tymczasem biorę się za robienie… pączków! 🙂 No dobra, to będzie taka bardziej pączkowa wariacja. Ciasto drożdżowe mam opanowane doskonale, więc tyle, że je wzbogacę śmietanką, żółtkami, dodam resztki różanej konfitury…

<><>

Łucja jedzie z Diablim autem do szkoły. Zażyczyła sobie „Dzwoneczka”. Słucha i patrzy za okno. Diabli wyłączył audiobooka i zagaduje:

  • Co tam widzisz Łuczynko? Coś ładnego?
  • Tak.
  • A co?
  • Tory, samochody, pola.
  • Teraz mamy nie najładniejszą porę roku… Wszystko jest takie szare i brzydkie. Wiesz?
  • Wiem. Tato, czy możesz już włączyć bajkę? :))

Prezent dla Jadzi

Po wywinięciu tego kosmicznego kwiatu lotosu, gdy było już jasne, że chwilę nie pochodzę, Lutka poszła do sąsiadki po kule. Jadzia korzystała z nich przez dwa lata, po jakimś skomplikowanym złamaniu i były jej już nie potrzebne. Kule były świetne. Miały wąski (damski?) uchwyt na przedramię, dzięki czemu ręka nie latała, szerokie gumowe zakończenie u dołu i bardzo szczegółową regulację do wzrostu (btw. od tego podciągania trochę urosłam, tzn. pewnie poluzowałam odstępy między kręgami i to z czasem siądzie, ale w trakcie musiałam przesunąć ustawienia o 2 cm). Bywałam w różnych placówkach i szpitalach i takich jak ja nie miał nikt.

Ponieważ nie są mi już potrzebne (przydają się za to świetnie trzymające stopę wysokie zakopiańskie kapcie, które dostałam parę lat temu od teściowej ;)), poprosiłam Lutkę, że jeśli będzie gdzieś się wybierać niech do nas zajrzy i kule zabierze. 

I ponieważ bardzo mi się przydały, chciałam kupić Jadzi jakiś prezent. Jadzia to emerytowana polonistka, która dużo czyta, więc książka wydała mi się najodpowiedniejsza. Tylko jaka? Mhm… jako, że czyta głównie książki z biblioteki pomyślałam, że najlepsze będzie nie czytadło, lecz książka do której się chętnie wraca. Ładnie wydana i może jakiś album? I tak szukając co by się nadało wybrałam książkę o Skrzatach. Dziś przyszła i jest cudowna! To taka baśn dla dorosłych, piękne ilustracje, różne czcionki, legendy i historie.  Jadzia zdaje się zresztą ma krasnala w ogrodzie :)) Są fragmenty brutalne, jak opisy tortur, co dyskwalifikuje ją jako książkę dla dzieci, ale pewnie i tak za rok kupię ją dla nas i po prostu przy wieczornym czytaniu będę pewne strony przeskakiwać :))

<>

  • Łukasz, widzisz co się zmieniło w moim prasowaniu?
  • Stoisz!
  • No! 🙂

break through

Wygląda na to, że po trzech miesiącach Łucja w końcu poczuła szkołę. Cały czas ma dużo dystansu, i nie zabierze np. pierniczków na swoje imieniny, i cały czas ja lepiej oceniam przedszkole niż szkołę, ale jest przełom. Ma koleżanki, opowiada jakieś historie, a jak mieli robione klasowe zdjęcia i była opcja „zdjęcia koleżeńskiego” okazało się, że chce takie mieć. Brakuje mi ciekawych eventów jakie były w przedszkolu, jak np. Dzień Misia,  który polegał na odwiedzinach „misia”, częstowaniu dzieci kanapkami z miodem i opowieściach o pszczołach (Lilka miała taki przedwczoraj). Bo niestety szkolna świetlica to taka mało-kreatywna przechowalnia co zresztą sprawia, że jestem z Łuczy jeszcze bardziej dumna!

<><>

Dziś byłam w sklepie. Takim dużym, gdzie można się schodzić. Kupiony pierwszy świąteczny papier i jakaś szafka na buty. Noga boli, ale satysfakcja, że dałam radę, przeogromna! 🙂

Moje/ Twoje – Nasze/Wspólne

Późna jesień to tradycyjny okres bitwy o kołdrę. Diabli zawija się jak roladka, a sytuację pogarsza dochodzący Mieszko, którego kładę pomiędzy nami. I ponieważ w takiej konfiguracji ja nie mam zupełnie czym się przykryć, kładłam się w nogach, tak trochę po przekątnej… Dwa tygodnie temu Diabli wyjął drugą kołdrę i od tamtej pory ciało do ciała do nie przylega. Ponieważ rozwiązanie nie odpowiada żadnemu z nas, zakładamy że rozwiązanie jest tymczasowe, aczkolwiek nic innego nam do głowy nie przychodzić. 

Są rzeczy, które warto mieć wspólne. Zawsze mnie zdumiewały pary, gdzie wszystko jest podzielone. Osobne konta i jedno wspólne, z którego pobierane są środki na opłaty i jedzenie, osobne telewizory i rodziny, gdzie każdy siedzi w swoim świecie, ale nie da się ukryć, że pewne rzeczy lepiej mieć własne. Btw. nigdy nie zapomnę z dzieciństwa kłótni rodziców, kiedy Krzycho używał dwóch konstrukcji. Pierwsza jak wypominał Lutce gdy coś zrobiliśmy: Te Twoje dzieci….! A druga, gdy czegoś szukał i zarzucał mamie: Gdzie są NASZE kalesony??!!

WSPÓLNE

  1. Kołdra – można kupić większą, albo okrywać się jedną narzuconą na drugą, bo małżeństwo to nie jest dwóch kolegów z pracy położonych w jednym łóżku na delegacji z braku większej ilości pokojów w hotelu.
  2. Telewizor – u nas na razie jest zdominowany przez dzieci, ale jeśli nawet w takiej sytuacji są plusy, gdy Diabli ogląda z dziećmi bajki (lubi „Super Piątkę”, czy historię drużyny koszykówki)
  3. Rozliczenia – wydaje mi się, że w prawidłowo działającym małżeństwie jeśli żona mówi do męża: kupmy Ci w końcu jakąś kurtkę, on podobnie zauważy, jeśli uzna, że ona czegoś potrzebuje. Raz jedno robi zakupy, raz drugie. Nie lubię myślenia o pieniądzach i ciągłe ustalanie kto za co i komu męczyło by mnie.
  4. Auto – w układzie jaki przerabialiśmy, że obie osoby dorosłe są w domu, jedno auto wystarczy. Nie mam problemu z dzieleniem się, nie emocjonuje mnie czy mi ktoś naśmieci, czy obdrapie o słupek (to na ogół robię ja). Dwa auta są przydatne logistycznie, ale nie jest to coś czym nie można się dzielić.

OSOBNE

  1. Laptop – mamy wspólny i nie znoszę tego. Nie znoszę zaglądania do mojej skrzynki, a Diabli nie znosi sprawdzania na jakie strony wchodził (TO NIE WCHODŹ! 😉
  2. Komórka – to z założenia jest rzecz prywatna. Jak majtki. Krzycho ma zwyczaj odbierania innych komórek i nie idzie mu wytłumaczyć, że tego się nie robi.
  3. Konta – nie ma to nic wspólnego z rozliczeniami. Po prostu są sytuacje gdy chcemy coś kupić. Ot chociażby prezent i warto by każdy miał jakąś przestrzeń, która jest nie ujawniana.
  4. Szafy – to jest temat rzeka… Trzeba mieć po prostu własną, by się nie licytować czyje ubrania zajmują więcej 😉

Mówię do Łucji:

  • My jesteśmy taką super piątką! Nasza rodzina jest jak drużyna koszykówki!
  • Nie. Bo tam jest jeszcze trener!

W biegu

Domowy chaos. Mieszko buczy, że nie może znieść po schodach więcej aut, Łucja szuka spódniczki na balet, a Lilka zbiega naga z góry z rykiem, że nikt jej nie ubiera. Pukanie do drzwi. Otwieram. O rrrany… Nie sądziłam, że oni jeszcze bywają…

  • Czy jest jakieś pytanie, które chciałaby Pani zadać Bogu? Jedno pytanie?

Goła Lilka tupie za moimi plecami… W głowie kołacze mi: Dlaczego ONA się sama nie ubierze???!!! Więc neutralnie odpowiadam:

  • Niestety nie ma. 🙂

<><>

Teksty z dzisiejszych bajek (Teletoons, czyli humor nastolatków)

  • Opowiedz jakąś straszną historię.
  • Była sobie dziewczyna… Z JEDNĄ kartą płatniczą… I zapomniała do niej PIN!!!

*

  • Szefie, zrób mi szybki kurs z historii.
  • Żeby zabłysnąć na randce wystarczy znać kilka faktów z II wojny światowej.
  • II-giej??? To były dwie??

Nowe kalesony

  • Łukasz czy dziś znowu masz na sobie te nowe cudowne kalesony z L.?
  • Tak. 
  • Rozumiem, że ściągniesz je na wiosnę?
  • To świetny pomysł!
  • Wysuniesz się z nich niczym kowboje na wiosnę podczas kąpieli w rzece?
  • Taki miałem zamiar…

I tak przewrotnie (bo taki Supermen jest przecież na wagę złota (i nie ma to nic wspólnego z gorączką złota 😉 obrazek:

podchoinkowe chomikowanie

  • Czyli dla dzieciaków mamy już wszystko?
  • Właściwie tak. Można by jeszcze coś Łucji dokupić bo ma mało w porównaniu do reszty, ale właściwie to wszystko już jest.
  • Super.
  • Też tak masz, że skoro mamy dla nich prezenty, to chciałbyś je dać im od razu?
  • Tak. 🙂 Ale zaczekamy jeszcze miesiąc 🙂

Granie według zasad stwarza granice, które odbierają wszystko to co dobre

White Collar, s01e04
  • Justyna, a może kupimy Lili tę spódniczkę?
  • Bardzo ładna. Bardzo… Ale ona nie nałożyła jeszcze sukienki, którą jej ostatnio kupiłeś.
  • Ale zobacz jaka ta jest super! 
  • No super, ale nie kupujmy. NIE będzie jej nosić. Chodź lepiej kupimy Mieszkowi kapcie. Te są fajne.
  • A te z samochodami?
  • Nie ma rozmiaru.
  • A może coś dla Ciebie?
  • Ta bluzka w paski mi się podoba.
  • Myślałem o bieliźnie. Zobacz to…
  • Z tymi cekinami? Niezła. Jak w nocy włączą znowu światła na tej budowie obok nas, to oślepną 🙂
  • To może taka pantera?
  • Fajne… Ale może jednak nie. O, to jest niezłe.
  • Ale zobacz jaka mięciutka ta pantera…
  • Kobiety nie kupują bielizny sprawdzając czy jest miękka w kroku.
  • A powinny! A nie potem je obciera! 🙂

Pierwsze zakupy odbębnione. Żaden tam wielki mega spożywczak, ale tak lajtowo sklep z odzieżą. Zaparkowane tuż pod wejściem (ten tłum aut to już chyba gorączka przedświąteczna?) i sklep najbliżej drzwi. Chciałam kupić nowego bodziaka baletowego dla Łucji (znowu urosła) i tak się ogólnie rozciągnąć. 

<><>

Mieszeczek (w nowych kapciach) i jego tory. Zbudowane całkowicie samodzielnie. Jak widać mosty mu się nie zeszły, ale to co zrobił jest imponujące. Siedział i dłubał i zawołał nas na końcowy rezultat 🙂

Jing Jang

Ponieważ wiecie, że lubię szukać dobrych stron tam gdzie ich na pierwszy rzut oka nie widać, podsumowanie co dobrego miałam z mojej „gipsowej przygody”.

  • My. Od momentu kiedy postanowiliśmy, że budujemy wiedzieliśmy, że musimy coś dla nas samych zrobić. Plan 
    • a) był taki, że lecimy we dwójkę do Wenecji. Ja odstawiam Mieszka, kupujemy kalosze i w listopadzie, w sam środek aqua alta lądujemy we Włoszech. Słuchamy kiedy ryczy syrena sygnalizująca nadejście fali, brodzimy po zalanych placach, jemy pasty i przytulamy się w wilgotne noce. Ale OLT Express jak wiecie zbankrutowało pozbawiając miliony Polaków szansy na tanie dotarcie do słonecznej Italii. 
    • b) wymyśliliśmy więc plan kolejny: że jedziemy na winobranie na Węgry. Szlakiem Tokaju i Egeru. Wnuki po drodze zostają u dziadków… 
    • c) a potem pojawił się plan c, chyba zresztą najbardziej realny, że kupujemy na grouponie romantyczny wyjazd dla dwojga do jakiegoś dolnośląskiego Spa. 

Wszystkie warianty zaplanowane były na listopad, a jak wiecie w ten miesiąc i tak by nic z tego nie wyszło. Mieliśmy natomiast dwa miesiące w domu. I było absolutnie idyllicznie. Bezkonfliktowo, ze wspólnymi śniadaniami, urządzaniem i planowaniem. Terapia doskonała.

  • Poczucie, że jest tyle osób które chcą mi pomóc. A mówiąc tylko o trzech najmniejszych: Łucja, która była ogromnym wsparciem. Odbierała telefony, przynosiła mi laptopa jak był na innym poziomie, roznosiła talerze z jedzeniem i sprzątała. Mieszko, który nie uciekał a jak zrobił kupę to przychodził i to komunikował (pappa). Następnie szedł do łazienki i stawał koło wanny czekając aż przyjdę, wstawię go do środka i umyję. Podawał mi też kule jak chciał, żebym z nim gdzieś poszła. I Lila, która również była pomocna, aczkolwiek chwilowo nie przychodzi mi do głowy żaden przykład. 
  • Plecy. Przestałam się garbić. Nie da się poruszać o kulach zgarbionym. Łopatki muszą być ściągnięte do tyłu. Inaczej nie da się dobrze wybić. Całe lato nosiłam pajączka i efekt nie był tak zaskakujący. Nie wiem czy uda mi się to utrzymać, ale na razie jestem prosta jak struna 🙂
  • Brzuch. Dobiję Was jeszcze bardziej 😉 Nie mam tej poporodowej fałdy, co to myślałam zostanie już ze mną na zawsze. I to też zasługa kul. Czy kojarzycie takie urządzenie z siłowni na którym podpiera się rękami i łokciami? I podnosi się nogi do przodu? Podobnego rodzaju ruchy wykonuje się chodząc o kulach. Zresztą to nieustanne kucanie też nie było złe, chociaż nie lubiły tego moje kolana.
  • Cera. Zastrzyki, które dostawałam co wieczór miały kilka pozytywnych efektów ubocznych. Krew krążyła szybciej, więc nie tylko nie było mi zimno (za to jest mi teraz jak je odstawiłam), ale też dotlenione zostały wszystkie zakątki mojego ciała. Przez cały okres brania zastrzyków nie musiałam używać korektora po oczy, bo sińce po prostu zniknęły. 
  • OdPIMPowana chata. Pomijając remonty znudzony Diabli przywiesił wszystkie stojące gdzieś obrazki, zamalował każdą plamkę na ścianie, przykleił każdą brakującą listwę i zamocował wszystkie półki i wieszaczki. Gdyby było lato pewnie by poprawił kostkę przed domem i pomalował pergolę 😉

„Ludzka stopa jest machiną o mistrzowskiej konstrukcji oraz dziełem sztuki”

-Leonardo da Vinci

Before&After 🙂


Jak widzicie ten gipso-bucik co to go miałam ostatnie dwa tygodnie to już nie był taki straszny, ale i tak świat bez niego jest lepszy 🙂 Pierwsze co zrobiłam w domu to wsadziłam nogę do miednicy z solą i starłam pumeksem pięty. W ogóle skóra na stopie się strasznie złuszcza, zresztą co tu się dziwić jak 7 tygodni była ukryta. 

Oczywiście mam jeszcze na nią uważać. O sportach zimowych tej zimy nie ma mowy, przez 2 miesiące może puchnąć, a kulami powinnam się posiłkować jeszcze przez 3 tygodnie. Jedna z kości ma ubytek: okrągłe boczne wcięcie na 1.5 mm – to ślad po złamaniu, który się wypełni. Do właściwej formy powrót za pół roku, ale i tak już zdjęłam dziewczynom pościel i wywaliłam na dwór. Precz z okruszkami gipsu walającymi się po zakamarkach całego domu! Na kontrolę w połowie grudnia i wtedy ustalimy czy potrzebna mi będzie rehabilitacja :))