Po pierwsze: nie mocz uszu!

Fatalna była ubiegła noc. Parno, gorąco i te dzieci, które raz po raz a to płakały, a to marudziły. Diabli przynudzał, że jutro to on chce na obiad do knajpy, a ja się zarzekałam, że za nic do auta w taki skwar nie wsiądę. Co gorsza ranek wcale nie był lepszy. Lilka ogłosiła, że boli ją ucho i chce plasterek. A po  chwili przyniosła odklejony plasterek w kolorze czerwonym :/ Nie zwlekając Diabli wziął książeczkę zdrowia i pojechali szukać jakiegoś ostrego dyżuru po szpitalach.

No i okazało się, że mamy jakiś stan zapalny ucha. Czy to to wczorajsze polewanie wodą, czy zabawa sąsiedzkim zraszaczem, czy to jeszcze jakiś stan z basenu czy jeziora, nie wiadomo. Jest antybiotyk, i dopóki uszy się nie zagoją i dreny nie wypadną, mamy je przed wodą chronić. Może i są dzieci, które mogą po takim zabiegu pływać i chlapać, ale nie ma w tej grupie Lilki.

I w takim też biegu minął ten dzień. Na knajpę się w końcu zresztą zgodziłam. To nie był zły pomysł. W takim klimatyzowanym wnętrzu to nawet zjedliśmy więcej niż dalibyśmy radę w domu! :))

Mądrość małej, acz doświadczonej 😉 pacjentki:

Zjem duże śniadanie, bo w szpitalach nie ma jedzenia. Tam są tylko urządzenia do badania 🙂