Dobre są urlopy, z których wracamy z niedosytem. Kiedy sobie poplanujemy różne rzeczy i po prostu nie mamy kiedy ich zrobić. Ani nie podjechaliśmy do Chodzieży, bo tam też jest sklep fabryczny, a na fali kolekcjonowania skorup chciałam sobie dokupić kolejnych talerzy, ani nie pograliśmy w gry planszowe, których zabrałam kilka pudełek, ani nie pojechaliśmy zwiedzać poniemieckich bunkrów, które oglądałam 20 lat temu i od tego czasu zrobiły się podobno fajną komercyjną atrakcją.
Mają dziewczyny za to nową koleżankę, a my zaproszenie na spływ kajakowy za rok. Żal wyjeżdżać zawsze też gdy żegnają 30-stopniowe upały. Ach, i dlaczego rower lepszy niż kajak? Bo można z niego wyskoczyć na środku jeziora do wody i się nie przewróci 🙂 Chcieliśmy sobie popływać na waleta jak w Wigrach rok temu, ale ratownik na skuterze ukrócił nasze harce, prawie nam wlepiając mandat ;))

<><><>




Mieszkaliśmy w giagantycznym domu z muru pruskiego. Właściwie to nie mieliśmy być tam sami, ale urlopowicze do innych pokojów się nie stawili. Zaanektowaliśmy więc stopniowo i korytarze, i kuchnię, i schody i wielki ogród… Nosząc talerze na plastikowy stół ustawiony pomiędzy dostojnymi bukami, rozmarzyłam się więc do Lutki:
- Wiesz mamuś, tak sobie chodzę i myślę, że mogłabym mieszkać w takim wielkim domu.
- Ja też. Dałabym sobie radę. Przyzwyczaiłabym się.
- I nawet mi nie przeszkadza, że jak idę z jednym talerzem to wszystko na nim wystygnie za nim doniosę.
- Mogłabym zrobić zejście prosto do ogrodu. Ale bez niego też może być. I nawet taka duża kuchnia zaczyna mi się podobać…
- Kuchnia jest super. I ze spiżarnią…
- I wiesz, że zawsze marzyłam o dużym ogrodzie. :))


