Żabiofobia

Są dzieci, którym ciągle się coś przydarza. Jak mój brat, który miał pełen komplet dziecinnych i  nastoletnich przygód. Płynęliśmy kiedyś całą rodziną wielkim statkiem po morzu. W każdą stronę woda… I nagle pojawiła się jedna samotna mewa… I zrobiła w locie białą kupę… I zgadniecie gdzie spadło? Prosto na okulary przeciwsłoneczne opalającego się Małego!

Lilka ma ten sam, na szczęście przemijający, urok. Zresztą podobnie jak on jest całkowitym sportowym antytalenciem. Jak stanęła na hulajnogę parę dni temu to okazało się, że nie tylko nie wie, którą nogą się odepchnąć, ale w ogóle nie wie, że trzeba się odpychać i próbuje na hulajnodze (posiadanej od dwóch lat) podskakiwać. Albo te przygody… Jeśli idziemy przez las, a na środku ścieżki siedzi żaba, to nawet jeśli krzyknę: Uwaga! Żaba! mogę być pewna, że Lila wdepnie w sam jej środek… Więc boimy się żab. I nic nie pomaga. Ani tatin, który bierze małe żabki na ręce i je całuje (!!!), namawiając przy tym mnie, żebym i ja to zrobiła, ani przenoszenie, ani pozytywne historyjki o żabkach… Chodzi przez ten las na palcach i raz po raz podskakuje! 🙂

  • Łuczku, pamiętasz, że już tu byliśmy kiedyś?
  • Tak. Teraz na stadionie pamiętam.
  • To zróbcie falę! 😉