Lepienie garnków w Łążku (Garncarskim!)

O Łążku było już conajmniej dwukrotnie. Raz jak byłam jeszcze z Miechem w brzuchu (a jak być może pamiętacie waga w tamtej ciąży poszła mi w pośladki) i jeden z grajków zachwycony moimi gabarytami strzelił ze smyczka po mojej pupie 😉 a drugi raz ubiegłej jesieni gdy pojechaliśmy tam żurawinobranie. Dziewczyny miejsce pamiętały, za to dla Diabla był to pierwszy raz. I podobnie jak nam też mu się spodobało! Bo…

Było tradycyjnie dużo ludowizny:

Były nalewki sprzedawane na kieliszki i zabawny konfenansjer, który gdy przyuważył rowerzystów degustujących zalecił im ze sceny by do Janowa lasem, a nie szosą wracali.

Było kółko Młodych (i bardzo sympatycznych) Gospodyń, które miało rewelacyjne ciasta (takie jedno było jak pączki, ale dużo bardziej chrupiące i one je podawały z konfiturą) i przepyszne soki:

Btw. miały taki garnek z napisem: Garnek na datki na babskie wydatki:

I masa zwierząt gospodarczych (kóz, owiec, gęsi, kur, baranów, koni i królików):

Potańczyliśmy pod okiem surowego jury:

A oto i jury:

I popatrzyliśmy jak tańczą inni (bardzo ładną mamy młodzież!)

Ale ich już oceniali inni! ;))