Dżemowisko

Jesienią nauczyłam się robić naleśniki. I być może pamiętacie, ale był taki okres, kiedy robiłam je niemalże codziennie. Z czym jadły dziewczyny? Z dżemem truskawkowym! Przetestowałam chyba wszystkie dostępne rodzaje. I w kwadratowych, i owalnych i podłużnych słoiczkach. Żaden nie był idealny. Co gorsza zdarzały się takie, które z dżemem miały wspólną tylko nazwę. No bo jak wyławiam cały owoc, który w ogóle jest niezmiękczony, to wyobrażam sobie wielką kadź, gdzie wsypywane są świeże owoce i od razu zalewane substancją żelującą.

Czytałam kiedyś o tych wszystkich związkach, które powstają przy duszeniu i odparowywaniu owoców. Niestety pogooglałam i nie znajduję tego artykułu… Merytorycznie nie podeprę się więc wiedzą fachową. Musicie mi jednak uwierzyć, że smak takiego domowego dżemu jest po prostu lepszy! Dziś na targu kupiłam łubiankę, a jako, że o tej porze roku truskawy już byle jakie, cały zakup władowałam od razu na patelnię. Dusiło się parę godzin, jutro dokupię kolejny cukier, dodam, pogotuję i rozleję!

<><>

Kilka obrazków Łucji. Najpierw królewska para, nad którą pracowała całkiem długo. Obrazki powstawały w notesie – jeden po lewej, drugi po prawej stronie. Jako taki wspólny portret. Podoba mi się zdecydowana kreska, zwieńczenia koron i korale królowej.

Kolejny DYPTYK powstał dzisiaj rano, jako odzwierciedlenie panującej pogody. Są do niego słowa: Wiatr pokonał słońce, usiadł na tronie i zrobił zimno. 🙂