Starzy, starsi i najstarsi

Szła na tym festynie dziewczyna. Ładna, w grupie przyjaciół. Długie włosy, fajne klapki, okulary przeciwsłoneczne. Taka NOWOCZESNA. I mówi w którymś momencie do znajomych: Ooo!!! To mój dziadek.

Odeszła od nich i podeszła do dziadka. Dziadek wyglądał jak dziadek. Był stary, miał spieczony kark, jakąś czapkę i zielony rower. Siedział w ostatnim rzędzie „trybun”, tyłem do nadchodzących. Podeszła i siadła obok niego:

  • Cześć dziadku. Jak Ci się podoba?

Dziadek się ucieszył i jak do do małej wnuczki powiedział:

  • Cześć Aniu. Kup mi loda.
  • A jakiego chcesz?
  • Wszystko jedno jakiego.
  • Ale czekoladowego, truskawkowego czy śmietankowego?
  • Takiego jak sobie.

I dał jej 10 zeta z kieszeni wiekowej marynarki. Dziewczyna poszła i po chwili przyniosła. Śmietankowo-czekoladowego. Oddała mu resztę i jeszcze coś tam zagadała o tym kto występował.

Razem ze mną scenę obserwowało jeszcze parę osób. W wieku bardzo różnym. I wszyscy się uśmiechali patrząc na nich. Wiecie, ja aż pożałowałam, że nie mam już takiego starego dziadka, którego mogłabym tak adorować. Bo cała sytuacja była bardzo pozytywna. Nie było żadnego wywracania oczami, w stylu: jakiż ten mój dziadek nieżyciowy, czy warczenia: gdzie Twoja matka. Ta dwójka naprawdę się lubiła. Bezinteresownie i zwyczajnie.

<><>><<><>

Idę z drożdżami na osiedlową ławkę. Na drodze leży ulotka. Przechylam głowę, żeby przeczytać co na niej pisze:

  • Obiady domowe. Weźmy. Może się kiedyś przyda.
  • A po co nam takie coś?
  • Jeśli z jakichś wzgędów, nie będziemy mieć obiadów w domu, Łuczku, to zawsze możemy podjechać i kupić u nich.

Za płotem odezwał się niewidzialny dotąd sąsiad emeryt:

  • Jakby co zapraszam do mnie na zupę. Robię bardzo dobrą. Bratanica zawsze u mnie jadała.
  • Proszę nawet nie proponować, bo my możemy rzeczywiście skorzystać! 🙂