Niesamowita jest ta Gra o Tron. Za nami kolejne trzy odcinki i ja już mam noce pełne lodowych murów, bezkresnych stepów, tańczących szermierzy i dworskich intryg. Z rozpoczęciem II-go sezonu czekaliśmy aż będzie całość. Żeby nie trzeba było czekać na żaden odcinek. Co więcej, ta wielowątkowość jest tak rozbudowana, że postanowiłam przypomnieć sobie początki serialu. Zastopowałam Gotowe na Wszystko i ruszyłam z pierwszym sezonem. Miałam plan podganiać i przewijać do przodu, ale delektując się idę bez pośpiechu. Ta siła dzieci Starków, które choć porozrzucane po świecie, są dumne i nieugięte, śnieżnobiała Khalessi, w której drzemie moc smoków i przyjaźń potomka króla i małej Aryi… Góra prania stopniowo maleje, układam wyprasowane ubrania w równe rządki i za moment będę pakować. Bo za parę godzin kolejna weekendowa wyprawa. Ponownie, i mam nadzieję nie ostatni raz tego lata, na Kurpie. Ludowizna i dobra pogoda gwarantowane. Powrót w niedzielę.
<><>
Mieszko na podłodze w kuchni. Najnowsza zabawa to wsypywanie do bułki tartej makaronu, mąki i ryżu… Czasem na to pozwalam. Jak akurat ładuję do zmywarki i mam do wyboru wyciąganie brudnych sztućców (Mieszko, ZOSTAW te widelce!!!), rozmazywanie jogurtu na podłodze (sam sobie wyciąga z lodówki, część zjada, a część rozmazuje) czy pluskanie się w sedesie (deskę podnosi sobie sam) to nie jest to najgorsze. Tylko upominam, żeby miał jasność, że nie do końca mi się to podoba:
- Mieszulku, czy Ty musisz mi tu grzebać teraz??? Zostaw makaron! Makaronu nie wysypuj!!!
Spojrzał się na mnie, uśmiechnął, podniósł rękę i rozkosznie zawołał:
- Pa-pa!!! 🙂
Więc pozwoliłam mu wysypywać dalej
