Miasto Rowerów w jakim się urodziłam nie ma centrum. Nie ma Starówki, i nie ma centrum. To takie wielkie osiedle fabryczne skupione wokół placów przed wieżowcami. Życie więc koncentrowało się w pobliżu dworca PKS, gdzie wiele lat temu zaczął powstawać prowizoryczny targ. Ściągali na na niego hodowcy i rolnicy z żyznych okolicznych dolin. Sądzę, że można śmiało powiedzieć z promienia 50 km.
I ten właśnie „rynek” został centrum życia społecznego. Odbywa się 2x w tygodniu i na jego większą zmianę (sobotnią) po prostu się chodziło. Kupowało się ziemniaki, marchewkę, jabłka, a gdy w latach ’90 otworzył się rynek, kupowało się też pierwszą Ramę i niemieckie proszki do prania. Właściwie to nigdy nie uważałam, że może on pełnić jakąś funkcję edukacyjną, ale ostatnio przyłapałam się, że nie wiadomo skąd potrafię rozróżnić odmiany ziemniaków czy pomidorów.
I takiego rynku parę ostatnich lat mi brakowało. Obczajałam jakieś ekskuzywne butki z warzywami, próbowałam rozgryźć system dostaw do supermarketów i zatrzymywałam się u przydrożnych sprzedawców. Na szczęście w ubiegłym tygodniu znajoma zabrała mnie na taki całkiem niedaleki targ. Nie jest on taki wielki jak ten, od którego się wszystko zaczęło, ale jest całkiem spory. Btw. Podobny do tego jaki widziałam w Sejnach 🙂 Kupiłam wielkie pęki szczypioru, kopru, jaja, ziemniaki, truskawki… I zabrakło mi… rąk!
Musze więc kupić sobie teraz tylko wózeczek na kółkach 🙂 Trwa bowiem dalej program ochrony pleców 😉 Wiem, wiem z takimi wózeczkami chodzą emeryci i o taki wózeczek kłóci się Lutka z Krzychem. Tatusiek uwielbia z nim robić zakupy, a Lutka się zarzeka, że nie będzie z nim (z ojcem) chodziła… Ale on naprawdę jest wygodny!
