- Gdzie jesteś?
- Już w domu.
- A rano jak dzwoniłem to Cię nie było.
- Bo byłam w budowlanym.
- PO CO???
- Te farby chciałam zobaczyć do ścian…
- Nie ruszaj ścian! Pojedziesz sobie do mamusi na kilka dni to ja zrobię malowanie!
- Ale ja muszę. Nie mogę na nie patrzeć.
- Zajmij się zlewem!
- Ale zlew mnie nie woła. A ściany aż krzyczą…
Korzystając z tego ADHD, które mi się włączyło parę dni temu postanowiłam zająć się ścianami. Były brudne. Najpierw postanowiłam je porządnie umyć. Klatkę schodową, duży pokój, naszą sypialnię… Myłam tak, że powstały jaśniejsze plamy,a w paru miejscach doszłam do szarego papieru płyty gipsowej. Ja wiem, że istnieje coś takiego jak farby odporne na szorowanie, ale wierzcie mi i one mają próg ścieralności, który łatwo przy dzieciach przekroczyć. Postanowiłam więc je pomalować. Tam gdzie ściana była biała, poszło szybko (około 20 punktowych pacnięć wałeczkiem przy schodach i parę większych płaszczyzn w kuchni). Potem zrobiłam naszą fioletową sypialnię i papryczkowy przedpokój, bo resztki farby były w domu. A potem wróciłam do punktu wyjścia, czyli salonu, od którego cały pomysł się zaczął. Ale nie dość, że nie miałam resztek farby to na dodatek nie wiedziałam jak nazywał się kolor, którym to było robione… Pojechałam więc do sklepu i kupiłam dwie próbki.
Tak jak mi się wydawało Plaster Miodu był kolorystycznie lepszy niż Złoto Inków 😉 Więc ruszyłam z malowaniem! Poniżej macie before&after na przykładzie jednej ze ścian:)


Poszukiwacze różnic pomiędzy obrazkami pewnie widzą też jeszcze jedną rzecz 😉 Przy okazji przemalowałam stolik i krzesełka dziecinne. Z białego na błękitny 😉
