
Mają te małe dzieci taką minę niewiniątka. Potem im to przechodzi, ale u Mieszka obserwują ją jeszcze regularnie. Czy to jak wyciąga słoiki z szuflady (nie pozwalam, bo je tłucze), czy jak stuka sms-a (wie, że nie wolno ruszać komórek, czumu przeczy dzisiejsze foto), czy jak z kamienną twarzą rozsmarowuje mój krem na swoim brzuchu…
Rozmawiałam w sobotę z jedną z sąsiadek. Ona ma córeczkę jak Łucja i synka o miesiąc młodszego od Mieszka. Stoimy przed domem i gadamy. Zamiatający drogę Diabli chwilę się przysłuchuje, ale szybko odejdzie (godzinę później zrobi mi awanturę, jak mogę od sześciu lat rozmawiać o dziecięcych zębach – odbiję, że każdy ząb jest inny).
- Jaki on grzeczny! (to o Mieszku)
- No grzeczny, ale ja cały czas się upieram, że z dziewczynami było łatwiej. Przynajmniej noce przesypiały.
- Karmisz?
- Tak. W dzień nawet nie. Ale w nocy jesteśmy nierozłączni.
- My też. Jeszcze zęby mu wychodzą. 8 naraz. Za parę godzin jedziemy na narty i nie wiem jak ta podróż minie…
- A gdzie jeszcze jest śnieg? Mój brat chciał się jeszcze wybrać w tym roku.
- My do Austrii lecimy.
- Na lodowiec.
- Tak.. Byliśmy właśnie u pediatry, żeby coś przepisała, żeby jakoś go mniej bolało.
- A które mu wychodzą? My już czwórki mamy. Teraz czekam na trójki.
- A to nawet nie wiem. Pokaż cioci…
- Ależ on ma łopaty! Nie dziwne, że go boli jak wychodzą!
- On w ogóle jest duży.
- Jest duży. Rączki ma duże i długi taki!
I tak stoimy i gadamy, ona w międzyczasie wzięła go na ręce, a on z tą miną niewiniątką władował jej ręce pod bluzkę. Niewzruszony. Zorientowała się po dłuższej chwili :))
