Trudno mi określić z którą z bohaterek Gotowych na Wszystko czuję największą więź. Na pewno mamy coś wspólnego z Lynette – przynajmniej sporo dzieci i chaos organizacyjny jaki one powodują. Ale ona jest silniejsza niż ja. Mam wrażenie, że to typ, który nie zrezygnuje z siebie i jest TO zdecydowanie jej ogromną zaletą dającą kopa do życia. Może więc Bree? Na pewno podpisuję się pod zdaniem jakie powiedziała synowi: Nie wiesz do czego jestem zdolna, żeby wszyscy siedzieli równo przy stole. Ale daleko mi do jej doskonałej organizacji i pedantyzmu. Poza tym nie wierzę, że ktoś kto tam dba o dom, może mieć tak niewdzięczne dzieci 🙂 A jej idealne przyjęcia… W III sezonie jest napad na lokalny supermarket. Pojawia się telewizja, kilku z głównych bohaterów jest zakładnikami. Dwie podstarzałe sąsiadki pukają do drzwi Bree. Gdy ta otwiera, zaczynają na przemian mówić: Bree, wiesz co się stało?? Lecz ona przerywa im podsuwając pod nosy półmisek z przekąskami. Wchodzą więc dalej mamrocząc, że było wiadomo, że będzie mieć coś do jedzenia i widzą, że przed wielkim telewizorem zebrało się całe osiedle. A nieskazitelna gospodyni krąży między gośćmi z wielką tacą.
Ten rozmach amerykańskich przyjęć w ogóle są super. Gdy Lynette z Tomem robią kinder party jest i pinada, i kucyk i klaun, a tata od rana pompuje różnokolorowe balony helem. W innym naszym serialu jest przyjęcie zaręczynowe pod hasłem Fire&Ice, gdzie goście są ubrani na biało-czerwono i takież też jest menu. Męskie krwisto-czerwone marynarki, lodowe rzeźby i białe kwiaty we włosach. Ja wiem, że proza jest zupełnie banalna i na sąsiedzkich BBQ pojawiają się faceci w krótkich spodenkach i klapkach, ale filmowa rzeczywistość jest wspaniale inspirująca!
