Ulubiona przyprawa

Mieliśmy wczoraj nerwowy dzień. Lilka miała 40-stopniową gorączkę i skarżyła się na ból gardła oraz uszu. Zbijanie temperatury było mało skuteczne, więc dziś skoro świt Diabli pognał z nią do szpitala. Wszystko w porządku. Włączyła mi się opcja czarnowidztwo, że to może jakieś komplikacje po-zabiegowe, ale lekarze ją obejrzeli i chmury rozwiane. Dowiedzieliśmy się przy okazji, że błonę bębenkową już widać, gardło zagojone, czyli ciało się regeneruje. Gorączka to wina wirusa i kataru. Zresztą dziś już nic jej nie dolega. Ale obie tak z Łucją mają, że jak chorują, to przez jeden dzień. Za to obłożnie :))

  • Lilku, a to prawda, że powiedziałaś tatusiowi, że chcesz być lekarzem?
  • Tak.
  • Więc chcesz być doktorem?
  • Nie.
  • To kim chcesz być?
  • Księżniczką.
  • Jaki cudowny plan! Będę mogła przyjeżdżać do Twojego pałacu?
  • Tak. Ale Ty będziesz królową.
  • Ja?
  • Tak. Bo mama księżniczki jest królową.
  • Okej 🙂

<><>

Idę się zająć obiadem. W tej azjatyckiej kuchni jest dużo papryczki chili. Krojąc kolejną przypomniało mi się, że Jimmy Oliver mówi, że to jego ulubiona przyprawa. Że próbuje ją przemycić do każdej potrawy… Tak krojąc ją przyszło mi do głowy, że moją ulubioną jest czarny pieprz. A Diabla bazylia, sądząc po ilościach jakie znosi nam do domu!