

Ściana wschodnia jest wspaniała. Podlasie jest fantastyczne, ale Suwalszczyzna to wisienka na wschodnim torcie ;). Pogoda dopisała, a te dwa dni, które były pochmurne, wykorzystaliśmy na wycieczkę na Litwę i odwiedziny w Wigierskim Muzeum. Dziś jak wyjeżdżaliśmy żegnało nas 28 stopni i im dalej odjeżdżałam tym robiło się chłodniej.

Mianownik to Wigry. Pływaliśmy w i na. W łódce po Wigrach podziwialiśmy Kamedułów, kormorany, bobry i było nam dobrze 🙂



Zrobiliśmy sobie krótki spływ Czarną Hańczą. Czarną rzeką jak to ją Łucja nazywała. Dziadki zajęły się wnuczętami a my popłynęliśmy. Było niesamowicie, bo w środku upalnego dnia rozpętała się burza. Wiało tak silnie, że wiatr cofał nasz kajak. Schowaliśmy się pod drewnianym mostem, ale jak przejechał po nim pierwszy samochód poruszając każdą deskę ruszyliśmy dalej. :)) Taki sprawdzian nas i naszych możliwości. Wyzwanie dla naszej siły i woli. Dopłynęliśmy. Staliśmy w wodzie, która była cieplejsza niż schodzone o 10 stopni powietrze i rozpierała nas radość. (patrz blip 😉

Tłukliśmy kilometry na rowerach. Poniżej to była prowokacja 😉 Podjechaliśmy z Diablim pod letni domek Komorowskich… Diabli w arafatce miał podnosić ciśnienie BOR-owikom :))

Stołowaliśmy się najczęściej w Sejnach. Przy konsulacie Litewskim jest ulubiona knajpa Makłowicza. I moja. A tu przed pobliską synagogą:

Mosty w Stańczykach – wizytówka Suwalszczyzny. Nad i pod:


Dziewczyny pływały. Wskakiwały do wody (ONE?!!??) i pływały. Wyławiały małże (mule?), ładowały je do wiaderek i zanosiły je dziadkom pod łóżko. :)) Lutka wieczorem je wynosiła 🙂 Ostatniego dnia leżeliśmy na mościem jedliśmy słonecznik i rzucaliśmy w szczeliny pomiędzy deskami. A jak biało-czarne łupiny wypływały… przeganiałyśmy je nogami! Retrospekcji będzie zresztą więcej :))

