Mam problem z metafizyką i „pięknem” karmienia piersią. U innych mi nie przeszkadza, ale ja sama nie przepadam za manifestowaniem się z tym. Karmić lubię, nawet bardzo, baa Diabli zresztą uważa, że tylko czyham, żeby się z Mieszem gdzieś zbunkrować i w ten sposób migać od obowiązków domowych, ale to MOJA sprawa. Nie znoszę gdy w towarzystwie pojawia się temat MOJEGO karmienia, tudzież gdy szukam jakiegoś zacisznego miejsca i wokół słyszę: Nie wygłupiaj się. Karmienie jest piękne. Rób tutaj. Nikomu nie będzie przeszkadzać! Ano będzie przeszkadzać. MI! Moje ciało, mój azyl i moje tajemnice!
<>
Mieszo się turla. Nie jakoś jeszcze od bandy, do bandy, ale obrót to jest to co wykonuje zaraz po obudzeniu. Koniec więc z zostawianiem dziecka na łóżku. Przechodzimy do leżenia na podłodze. Kilka zdjęć leżąco-latających :))
Mieszo-piłkarz. Zmodyfikowałam plener o tyle, że powiesiłam prześcieradło rzucające cień. Było więc jasno, ale słońce nie raziło. No i stałam wyżej, więc wyszło lepiej.

Mieszo-podróżnik ujeżdżający tygrysa 😉 A więc… Tygrysa dosiadamy!

I galopujemy! Nie zważając na kuszące banany zwisające z palmy! „Stay cool mama!„

No i Mieszo kwiatowy. Mieszo-florysta? Mieszo lecący z kwiatkiem? Mieszo lecący do mnie?? :))

Jak zapewne się domyślacie zdjęć powstało dużo i sporo jest z innymi pozującymi 😉 Btw. z Łucją mam problem, bo jest zazdrosna o Mieszka. On ma kochać ją i tylko ją. Wielkim dramatem jest, że JA go karmię i JA go usypiam. Raz po raz mamy łzy: Czy on mnie jeszcze kocha?! I powiem Wam, że to może być niezłe preludium naszej dorastającej kochliwej Łuczyny 🙂

Dam Wam jeszcze jednego solo-Miesza. Się gra, się wygrywa! 🙂

