Al Diablo & Yusta Power

Cofam to co powiedziałam o ślubach. Że chrzciny są lepsze, bo przyjazniejsze i kameralne. Śluby są super. Takie z pompą i z rozmachem. I wzruszyć się można i potańczyć (Al Bano i Romina Power vs Jestem Szalona). Było naprawdę fajnie. Panna Młoda wyglądała świetnie. Powiecie, wszystkie panny Młode wyglądają świetnie… Ale tu nastąpiła jakaś mega przemiana. Ostatni raz widziałyśmy się na naszym ślubie, czyli ponad 5 lat temu. Była wtedy taka, taka… Taka nijaka. A teraz? Ta dziewczyna naprawdę promieniała. Zresztą Łucja mówi o ślubie, że najpiękniejsza była KSIĘŻNICZKA 🙂 Pana Młodego nie znam, ale pierwszy kontakt bardzo pozytywny. Wydaje mi się, że to taki dobry chłopak. 

Rozmach imprezy był  niesamowity. Być może ja wypadłam trochę z tematu i parę trendów mi przepadło, ale było wszystko. Był  mega długi samochód podrasowany na rols-roysa, były fajerwerki o północy, były olśniewające kreacje, była kamera na takim drągu co jeździła nad gośćmi, były nieskończone ilości jedzenia, które dostawało się na wynos i prezenty dla gości (%-centy zapakowane w tiulowe siateczki). Pan Młody akurat robi w branży kateringowej, więc wiedział jak wszystko ustawiać i btw. tak jak lubię mężczyzn którzy się znają na modzie, tak robią na mnie wrażenie ci, którzy znają nazwę i skład wszystkich możliwych ciast i potraw.

Teraz minusy. Muzyka. Była zdecydowanie za głośna. Uzasadnione, bo nawet przygłusi uczestniscy łapali BIT, ale Mieszko zniósł to słabo. Właściwie to cały czas wychodziłam z nim przed salę weselną, bo w środku stale płakał. Zdrzemnął się na jakieś 15 minut, ale i tak o 21:20, tuż przed lodami, musieliśmy wyjść, bo to nie miało sensu.

Królową parkietu została tym razem Lila 🙂 O ile Łucja czasem schodziła, żeby się napić soku, albo wrąbać kolejne ciacho, Lila tym razem nie opuszczała desek. Na koniec jak już zupełnie brakowało sił, po prostu turlała się pod sceną 😉 Epizod taneczny miałam nawet ja z Diablim. I tu akurat głośna muzyka się przydała bo nie słyszałam jak mnie poucza, kto ma prowadzić w tańcu :))

No i przeżyłam wczoraj punkt krytyczny. Zaczęło się od bezskutecznych poszukiwań tuszu do rzęs, który dziewczyny gdzieś mi schowały (ale nie pamiętają gdzie), przez co wyszliśmy za późno. A w połowie trasy zorientowałam się że wyszłam w kapciach. Takich klapkach, ale kapciowatych. I NIE było szans, żeby wrócić, więc bawiłam się w nich. Dobrze, że pedicur zrobiony. Normalny człowiek przed wyjściem ma czas żeby spojrzeć do lustra. A mi go tego czasu nawet na takie głupoty brakuje :/