Plan na niedzielę

Mieszkaliśmy na tej Suwalszczyźnie w wielkim domu z ogromnym zadbanym ogrodem (kładki, grille, ogniska, oczka wodne z czerwonymi karasiami) i nowiutkim pomostem. W pierwszym tygodniu dzieliła go z nami ekipa rodziców (szt 12) z dziećmi w wieku rok-10 lat (szt. 11).  Żyli jak wielka bananowa komuna. Razem gotowali, mężczyźni rozgrywali mistrzostwa ping-ponga, kobiety robiły dzieciom zdjęcia, na tacach wynosiły lunch-e, a na koniec dnia panowie usypiali własne potomstwo. Sądząc po autach towarzystwo było zbieranką z całej Polski. Bardzo się to podobało Diablowi i w sumie równo mocno mi. Także plan na za rok jest taki, że zbieramy własny team i też tak jedziemy. W drugim tygodniu dom zapełniła grupa Ślązaków 🙂 To byli rodzice z dorosłymi dziećmi (wiek studencki). Przy czym nie wszystkie dzieci były z rodzicami i nie wszyscy dorośli przyjechali z dziećmi. Oni pływali. Wypływali o 8-smej i wracali skonani pod wieczór. Po pokonaniu kolejnego odcinka wodnej trasy (Hańcza, Rospuda). To była też bardzo przyjemna i mało narzucająca się ekipa.

Hm… Plan na za rok już jest. Tymczasem ogarniam pranie. W łazience ułożyłam takie kopczyki brudów, na tyle duże, że nie wchodzą na raz do pralki. Wyprałam już górną część stożka brudów Mieszka i wierchołek góry kolorów. Narazie musi coś wyschnąć, żebym miała gdzie wieszać. Potem włączę pralkę z pierwszą porcją białego… I może mogłabym ponarzekać, ale mam taką cechę, że w domu ładuję akumulatory. Wchodzę zmęczona i czuję jak wraca mi energia. I dalej segreguję te kopczyki… 🙂

Bociania kraina

Ściana wschodnia jest wspaniała. Podlasie jest fantastyczne, ale Suwalszczyzna to wisienka na wschodnim torcie ;). Pogoda dopisała, a te dwa dni, które były pochmurne, wykorzystaliśmy na wycieczkę na Litwę i odwiedziny w Wigierskim Muzeum. Dziś jak wyjeżdżaliśmy żegnało nas 28 stopni i im dalej odjeżdżałam tym robiło się chłodniej.

Mianownik to Wigry. Pływaliśmy w i na. W łódce po Wigrach podziwialiśmy Kamedułów, kormorany, bobry i było nam dobrze 🙂

Zrobiliśmy sobie krótki spływ Czarną Hańczą. Czarną rzeką jak to ją Łucja nazywała. Dziadki zajęły się wnuczętami a my popłynęliśmy. Było niesamowicie, bo w środku upalnego dnia rozpętała się burza. Wiało tak silnie, że wiatr cofał nasz kajak. Schowaliśmy się pod drewnianym mostem, ale jak przejechał po nim pierwszy samochód poruszając każdą deskę ruszyliśmy dalej. :)) Taki sprawdzian nas i naszych możliwości. Wyzwanie dla naszej siły i woli. Dopłynęliśmy. Staliśmy w wodzie, która była cieplejsza niż schodzone o 10 stopni powietrze i rozpierała nas radość. (patrz blip 😉

Tłukliśmy kilometry na rowerach. Poniżej to była prowokacja 😉 Podjechaliśmy z Diablim pod letni domek Komorowskich… Diabli w arafatce miał podnosić ciśnienie BOR-owikom :))

Stołowaliśmy się najczęściej w Sejnach. Przy konsulacie Litewskim jest ulubiona knajpa Makłowicza. I moja. A tu przed pobliską synagogą:

Mosty w Stańczykach – wizytówka Suwalszczyzny. Nad i pod:

Dziewczyny pływały. Wskakiwały do wody (ONE?!!??) i pływały. Wyławiały małże (mule?), ładowały je do wiaderek i zanosiły je dziadkom pod łóżko. :)) Lutka wieczorem je wynosiła 🙂 Ostatniego dnia leżeliśmy na mościem jedliśmy słonecznik i rzucaliśmy w szczeliny pomiędzy deskami. A jak biało-czarne łupiny wypływały… przeganiałyśmy je nogami! Retrospekcji będzie zresztą więcej :))

Prawie nie robi różnicy

Wieczór. Ja usypiam Miesza. Ma zwyczaj zarzucania na mnie nogi podczas jedzenia, więc jest problem żeby się wyślizgnąć jak zaśnie 🙂 W tym czasie Diabli tańczy na dole z dziewczynami. Podsłuchuję. Zestaw standardowy: zaczynają od Tiny Turner i dość szybko przechodzą do Shakiry. Lila biegnie na górę pod schodach. Łucja za nią:

  • Lila, gdzie idziesz?!?
  • Idę się przebrać, Łucja.
  • Ale w co?
  • Nie chcę być latająca.
  • Ja też nie chcę być latająca. Ja nałożę korale.

Nakłada i biegnie spowrotem na dół. Lila sie chwilę kręci i mruczy do siebie:

  • Chcę być latająca. Nałożę skrzydła.

Niedługo później Mieszo śpi i ja schodzę na dół. Panny zestrojone tańcują z tatą. I teraz najważniejsze: nasza Lila, nasza chudzina, macha biodrami niczym Shakira! 🙂 Baliśmy się, że taneczna będzie tylko Łucja, ale siostra też jest niesamowita:)))

<><>

Zaraz ruszam z pakowaniem. Jutro kolejny turnus wakacyjny. Tym razem Suwalszczyzna, którą wymyśliłyśmy razem z Lutką. Na dwa tygodnie. Nie wiem jak będzie z netem, bo na stronie naszej kwatery nic o  necie nie piszą, no ale lapa biorę na wszelki wypadek. Biorę też mikser, bo młodziak jest fanem moich zup. Łucja ich dużo jadała – zresztą chciało mi się gotować rosołki na młodych kaczuszkach dostarczone przez babcię Lucię. Może zresztą dlatego rosła lepiej niż słoiczkowa Lila? Mieszowi miksuję trochę zupy, trochę mięsa (ekstazę wywołuje cielęcina), trochę gotowanych warzyw i koperek. Biorę też duuużo różnych ubranek, choć mam nadzieję, że dopisze pogoda… Krzycho naprawdę z trudem odpuścił w tym roku swoje ukochane pojezierze Drawskie.

  • Dziewczynki, możecie przez chwilę nie hałasować?
  • Dlaczego mamo?
  • Bo Mieszko śpi, a ja chciałabym się teraz posmarować na nogach tym moim brązowym kremem. Wiesz Łuczku, którym?
  • Wiem.
  • Chcę go zużyć do końca przed wakacjami.
  • Wiem. Chcesz być szczupła. Tak?

;0

Gildia komiksu

  • Justyna, czemu od kilku dni leży tu ta koperta?!?
  • Bo masz na nią spojrzeć. To Twoja córka napisała.
  • Ale co?
  • Spójrz z tyłu: horse, hair i hippo.
  • Ona sama napisała czy Ty jej pokazałaś?
  • Sama. Ogląda program na mini mini i codziennie pisze trzy nowe słowa.

Nauczyłam się czytać w zerówce. Nie szło mi to łatwo. Nie widziałam słów tylko poszczególne litery. Ale się zawzięłam (ku wielkiej dumie Lutki wstawałam rano by ćwiczyć) i się uczyłam. Pewnego razu „zaskoczyłam” i zaczęłam czytać tak szybko, że na równi z jeszcze jednym chłopcem byłam najszybciej czytającą w klasie. Teraz wiem, że sam początek nie musiał być taki trudny. Do szybkiego czytania potrzeba nauczyć się łapać słowa, a potem zdania jako obraz. Podobno dobrze jest czytając pokazywać dziecku słowa. W ten sposób serwujemy mu taką „kąpiel w literkach”. Ale można też inaczej.

Mój brat nauczył się czytać na komiksach. Chodził z tymi komiksami po domu i wszystkich zadręczał co to za słowo. Czasem powiedziałam mu je ja, czasem rodzice. I zanim ktokolwiek sie zorientował Mały potrafi już czytać. Diabli przyznał się, że on też zaczął czytać od komiksów.

Łucja ma duży głód słowa pisanego. Próbuje czytać i pisać. Ten program na mini-mini nawet mnie trochę zirytował, bo nie rozumiem dlaczego nie puszczają czegoś o tym jak pisać PO POLSKU. Tym bardziej, że jest tam takie ćwiczenie na wstawianie literek i mam wrażenie, że ona próbuje wstawiać te, które jej na logikę języka polskiego pasują. U Ryby przeczytałam, że jej córa czyta komiksy. Przekopałam więc komiksową gildię i wynalazłam kilka komiksów idealnych do nauki czytania.

Scooby Doo – Dla dzieci w wieku 5-7 lat. Seria: „Poczytaj mi Scooby„. Opowieści o znikających pączkach, upiornych  rycerzach i nawiedzonej górskiej chacie. Duże litery. Wzięłam trzy książeczki.

Lou! – bardzo ładnie ilustrowane historyjki o 10-latce. Minus: mały druk. Myślę, że do obowiązkowego kupienia za rok. Ciekawa fabuła i całkiem już spora seria. Cykl: Klub dziewczyn :))

Gapiszon – czyli coś z naszego dzieciństwa. Obrazki,które ukazywały się w Misiu. Ilustorowane przez Bohdana Butenkę. Do kupienia jako kolejne.

Astrum Komiks – O podstęnym kocie Miau Miau, o Bocianie Kle kle, o uczciwym Psie Hau Hau. Dlaczego nie wolno zadzierać nosa? Kto jest prawdziwym królem? Co jest najważniejsze w życiu? i inne zagadki. Nie powola mnie kreska, więc chwilowo nie kupiłam. Ale jak komiksy chwycą dokupimy 🙂

Przełożony

Jak kupowaliśmy wózek Łucji wybraliśmy taki z baaardzo dużą gondolą. Tak nam mówiono: dla dzieci z końca lata musi taki być, żeby zimą mieściły się do niego w kombinezonie czy śpiworku. Przesadziliśmy  ją do spacerówki w słoneczny dzień lutego. Siedziała usztywniona przez polary i kocyki i chyba było jej wygodnie.

Lila miała gorzej, bo wylądowała w spacerówce pod koniec sierpnia. Zjeżdżała w dół pupą i plecami więc leżała wygięta w jakichś dziwnych pozycjach. I pewnie bym ją jeszcze na chwilę przełożyła do gondolki, gdyby nie to, że jechaliśmy na wakacje a głębokiej gondolki do samolotu nie brali.

Mieszka za bardzo nie chciałam jeszcze przekładać. Primo: tworzyliśmy zupełnie udaną konstrukcję na spacerach. Mieszko podkulał nogi i w bliższej mi części gondolki siadała Lila. Łucja stawała na koszyku, od zewnętrznej, od strony budki i jechała tyłem do kierunku jazdy. No i wydawało mi się, że jemu też jest wygodnie. Miał dużo miejsca, a jak wkładałam go do spacerówki, izolując go od niej jakąś podkładką z kołderki to było mu ciasno…Minęło 5 miesięcy, czyli moment kiedy dziewuchy były przełożone. Minęło sześć… Hmm… No i chyba czas to zrobić jednak. Rowojowo jest mu konieczne patrzenie na świat, a nie tylko  na dzwoniącego zająca wiszącego z budki. Nawet mój podręcznik do obsługi dzieci tak twierdzi. Więc przekładamy!

<><>

Pierwsza lekcja anatomii

Łucję ciekawi ludzkie ciało. Ostatnio słuchała piosenki o zębach (Hej szczoteczko!!) i pytała się jak wyglądają zęby. Ale głód wiedzy nie maleje. Instruuje Lilę:

  • Lila! Nie dotykaj Mieszkowi głowy!
  • Dlaczego Łucja?
  • Bo on ma miękką głowę! Mamo!!! Dlaczego Mieszko ma miękką głowę?
  • Mhm… On już nie ma takiej bardzo miękkiej. Tylko kawałeczek.
  • Ale dlaczego?
  • Żeby urosła. Ona rośnie.
  • Ale dlaczego jest miękka?
  • Boooo… Miękka szybciej urośnie? Bo…Dziecko musi się zmieścić przy porodzie.
  • Przez brzuch?
  • Tak. Robią taką kreseczkę i ona jest nieduża i ono się musi zmieścić.
  • Czy wszystkie dzieci wychodzą przez brzuch?

Mówić, czy nie mówić? Powiem…

  • Niektóre dzieci wychodzą przez psitkę.
  • Przez psitkę?
  • Tak… Robią się takie długie, długie i się mieszczą.

Uff… Powiedziałam :))

Metafizyka

Mam problem z metafizyką i „pięknem” karmienia piersią. U innych mi nie przeszkadza, ale ja sama nie przepadam za manifestowaniem się z tym. Karmić lubię, nawet bardzo, baa Diabli zresztą uważa, że tylko czyham, żeby się z Mieszem gdzieś zbunkrować i w ten sposób migać od obowiązków domowych, ale to MOJA sprawa. Nie znoszę gdy w towarzystwie pojawia się temat MOJEGO karmienia, tudzież gdy szukam jakiegoś zacisznego miejsca i wokół słyszę: Nie wygłupiaj się. Karmienie jest piękne. Rób tutaj. Nikomu nie będzie przeszkadzać! Ano będzie przeszkadzać. MI! Moje ciało, mój azyl i moje tajemnice!

<>

Mieszo się turla. Nie jakoś jeszcze od bandy, do bandy, ale obrót to jest to co wykonuje zaraz po obudzeniu. Koniec więc z zostawianiem dziecka na łóżku. Przechodzimy do leżenia na podłodze. Kilka zdjęć leżąco-latających :))

Mieszo-piłkarz. Zmodyfikowałam plener o tyle, że powiesiłam prześcieradło rzucające cień. Było więc jasno, ale słońce nie raziło. No i stałam wyżej, więc wyszło lepiej.

Mieszo-podróżnik ujeżdżający tygrysa 😉 A więc… Tygrysa dosiadamy!

I galopujemy! Nie zważając na kuszące banany zwisające z palmy! „Stay cool mama!

No i Mieszo kwiatowy. Mieszo-florysta? Mieszo lecący z kwiatkiem? Mieszo lecący do mnie?? :))

Jak zapewne się domyślacie zdjęć powstało dużo i sporo jest z innymi pozującymi 😉 Btw. z Łucją mam problem, bo jest zazdrosna o Mieszka. On ma kochać ją i tylko ją. Wielkim dramatem jest, że JA go karmię i JA go usypiam. Raz po raz mamy łzy: Czy on mnie jeszcze kocha?! I powiem Wam, że to może być niezłe preludium naszej dorastającej kochliwej Łuczyny 🙂

Dam Wam jeszcze jednego solo-Miesza. Się gra, się wygrywa! 🙂

Jak wygląda WŁAŚCIWE jedzenie jajka z niespodzianką?

Są dwa jajka. Jasne, nie? Jedno dla jednej, drugie dla drugiej. Nie mniej, nie wiecej. Łucja rozłamuje swoje i sprawdza jaka zabawka. Następnie bierze jajko Lili, która jest pochłonięta jedzeniem i wybiera LEPSZĄ. Siostra nie oponuje. Mieszko dostaje plastikową łupinkę po zabawce, którą liże i nie daje sobie zabrać… Smak słodyczy już zna, bo siostry go regularnie podkarmiają lizakami.

<><<>><>

Lata to bezmiar wyboru i jakości jedzenia. Zachwyca nie tylko mnie. Dziewczyny z niejadków stają się jadkami. Mają potrzeby i propozycje. Może zrób kukurydzę na kolację? Albo Dziś na obiad chcę fasolkę i kotleciki. Bez ziemniaków. Mieszko też zachwycony. Czasem mu miksuję, a czasem zje sam. W „Bobas lubi wybór” piszą: „Najgorzej zaczynać z marchewką (surowa twarda, gotowana – śliska); jabłkiem – surowe twarde; banan – miękki i sie rozpaćkuje. Popularne są brokuły, kalafior i fasolka szparagowa”. Tym bardziej zdumiewające w tej epoce jedzenia, jest ze odkryłam dziś rano, że mieszczę się we wszystkie letnie ubrania. Nie wiem kiedy nastąpił przełom, ale zdecydowanie się nie mieściłam. Może to te magiczne pół roku?

<><<>><>

Na tapecie zabawa w Pannę Młodą 😉

Al Diablo & Yusta Power

Cofam to co powiedziałam o ślubach. Że chrzciny są lepsze, bo przyjazniejsze i kameralne. Śluby są super. Takie z pompą i z rozmachem. I wzruszyć się można i potańczyć (Al Bano i Romina Power vs Jestem Szalona). Było naprawdę fajnie. Panna Młoda wyglądała świetnie. Powiecie, wszystkie panny Młode wyglądają świetnie… Ale tu nastąpiła jakaś mega przemiana. Ostatni raz widziałyśmy się na naszym ślubie, czyli ponad 5 lat temu. Była wtedy taka, taka… Taka nijaka. A teraz? Ta dziewczyna naprawdę promieniała. Zresztą Łucja mówi o ślubie, że najpiękniejsza była KSIĘŻNICZKA 🙂 Pana Młodego nie znam, ale pierwszy kontakt bardzo pozytywny. Wydaje mi się, że to taki dobry chłopak. 

Rozmach imprezy był  niesamowity. Być może ja wypadłam trochę z tematu i parę trendów mi przepadło, ale było wszystko. Był  mega długi samochód podrasowany na rols-roysa, były fajerwerki o północy, były olśniewające kreacje, była kamera na takim drągu co jeździła nad gośćmi, były nieskończone ilości jedzenia, które dostawało się na wynos i prezenty dla gości (%-centy zapakowane w tiulowe siateczki). Pan Młody akurat robi w branży kateringowej, więc wiedział jak wszystko ustawiać i btw. tak jak lubię mężczyzn którzy się znają na modzie, tak robią na mnie wrażenie ci, którzy znają nazwę i skład wszystkich możliwych ciast i potraw.

Teraz minusy. Muzyka. Była zdecydowanie za głośna. Uzasadnione, bo nawet przygłusi uczestniscy łapali BIT, ale Mieszko zniósł to słabo. Właściwie to cały czas wychodziłam z nim przed salę weselną, bo w środku stale płakał. Zdrzemnął się na jakieś 15 minut, ale i tak o 21:20, tuż przed lodami, musieliśmy wyjść, bo to nie miało sensu.

Królową parkietu została tym razem Lila 🙂 O ile Łucja czasem schodziła, żeby się napić soku, albo wrąbać kolejne ciacho, Lila tym razem nie opuszczała desek. Na koniec jak już zupełnie brakowało sił, po prostu turlała się pod sceną 😉 Epizod taneczny miałam nawet ja z Diablim. I tu akurat głośna muzyka się przydała bo nie słyszałam jak mnie poucza, kto ma prowadzić w tańcu :))

No i przeżyłam wczoraj punkt krytyczny. Zaczęło się od bezskutecznych poszukiwań tuszu do rzęs, który dziewczyny gdzieś mi schowały (ale nie pamiętają gdzie), przez co wyszliśmy za późno. A w połowie trasy zorientowałam się że wyszłam w kapciach. Takich klapkach, ale kapciowatych. I NIE było szans, żeby wrócić, więc bawiłam się w nich. Dobrze, że pedicur zrobiony. Normalny człowiek przed wyjściem ma czas żeby spojrzeć do lustra. A mi go tego czasu nawet na takie głupoty brakuje :/

Ceylon Air

Kojarzycie te puszeczki z napisem Berlin Air? Prezent obowiązkowy z wycieczek do Niemiec w połowie lat ’90. Śmieszny gadżet na który nikt się chyba nie nabrał. W odmętach szafki łazienkowej znalazłam małą buteleczkę ekstraktu z czerwonego kokosa. Jeszcze z naszej podróży poślubnej. Wyglądał na nadający sie do użycia, więc odkręciłam… Łatwo nie było, bo przez parę lat to się wyjątkowo szczelnie zawekowało. Ale udało się! A łazienkę zalał zapach azjatyckich kwiatów. Coś niesamowitego jaki intensywny. Niczym w reklamie Luksji wróciły wspomnienia i kolory…

Posmarowałam tym włosy – bo to mikstura do włosów i zamierzam dziś cały dzień czuć się egzotycznie i świeżo. A łatwo nie będzie bo czeka nas kolejne wyzwanie 😉

Kuzynka Diabla bierze dziś ślub. Kiedyś już byliśmy na uroczystości, gdzie ślub i wesele były w „lokalach” oddalonych od siebie o godzinę jazdy. Tyle, że wtedy jakby dzieci było mniej i godzina uroczystości była duuużo wcześniejsza. Zbieram się i mam nadzieję, że pomimo tych 30 stopni resztki świeżości przynajmniej do kościoła dotrwają ;))

Day dream

Pierwszy, który zrobił zdjęcia „latających ludzi” był Jan von Holleben. Układał ich na trawie, pomostach, kamieniach, asfalcie tak by robili wrażenie, że unoszą się w powietrzu.Tu więcej. I tu.

Jego projekt, chociaż go zarejestrowałam mnie nie zaispirował. I pewnie bym tego nie przetworzyła gdyby nie Adele Enerson, która fotografowała swoją śpiącą córeczkę. Cykl nazwała Mila’s Day Dream, a zdjęcia Mili, która za parę dni skończy roczek, dały początek niezwykłemu nurtowi fotograficznemu, gromadzącemu „followers” na całym świecie. Każde ze swoich zdjęć Adele Enerson zatytuowała. To poniżej to: „My precious pearl”. A więcej zobaczycie tu.

Przyszło lato no i mi się zachciało takiej sesji. Zebrałam kocyki, ubranka i zaczęłam kombinować… Narazie tylko dwie „fantazje”, ale cd z pewnością nastąpi!

Pierwszy to Tribute dla Adeli, za bycie tak wspaniale kreatywną 🙂 Moja wersja jej „Loundry Day”…  Z Mieszkiem!

Druga fota to Mieszko-pirat, który akurat podskoczył na fali jedząc rybę 😉 Po namyśle dochodzę do wniosku, że wyobrażenie sobie morza i łodzi wymaga sporej dawki dobrej woli 😉 ale umówmy się, że kolejne stylizacje będą lepsze :))

I teraz SIEDEM TIP-ów, które mi przyszły do głowy:

  1. Ważne, jest światło, więc rób zdjecia w w słoneczny dzień.
  2. Idealne jest dziecko 2-3 miesięczne. „Marzeń sennych” Mieszka nie dało by się sfotografować, bo gdybym go zaczęła przekładać i podkładać mu coś pod głowę obudził by się momentalnie. Z takim starszym wychodzą zdjęcia po prostu inne.
  3. Wybierz poranek. Koło 10-tej światło słoneczne było już za mocne, jemu przeszkadzało, no i sesję trzeba było zakończyć.
  4. Zrezygnuj z nadmiaru gadżetów. Pierwotnie w „morskiej” scenerii była ośmiornica, ale ona tą jaskrawą zielenią gryzła się z kolorami.
  5. Wygładź tło najbardziej jak dasz radę.
  6. Fografuj z góry. Np. z krzesła. Idealna była by antresola.
  7. No i ogranicz liczbę zdjęć do dwóch dziennie, bo model jak widać mało cierpliwy jest 😉