Byłam dziś z Lilką u dermatologa.
Na początku ubiegłego lata postanowiłam, że spróbuję podpiąć Lilkę pod stałą kontrolę poradni dermatologicznej. Skoro Łucję monitorują ortopedzi, to niech Lilkę obserwują dermatolodzy. Panna ma masę pieprzyków i bardzo jasną skórę, która łatwo wysycha i się podrażnia. Przeszłyśmy konieczną ścieżkę (pediatra, skierowanie, czas oczekiwania na wizytę) i dziś byłyśmy w klinice dermatologicznej. Wszystko dobrze. Kolejna wizyta za rok. W momencie gdy panna zacznie dojrzewać wizyty będą dużo częstsze, ale na razie nie ma takiej potrzeby. Bardzo nam się nasza pani doktor spodobała, Lilka jednak uwielbia wizyty lekarskie i nie będzie problemu ze stawianiem się tam ponownie 🙂
Natomiast miałam takie ciekawe spostrzeżenie po drodze. Jechałyśmy i grało radio. Tak jak jeden mój znajomy powiedział, nie ma w tej chwili obiektywnych mediów, więc konsekwentnie co zaczynało się gadanie, przełączałam na kolejną stację. Lecz w którymś momencie była pełna godzina i nigdzie nie było JUŻ muzyki… Zostawiłam to co było, a było o modnym ogórkowym temacie, czyli smogu. Głos z radia mówił o tych 10-krotnie przekroczonych normach, wskazaniach do pozostania w domu i nieuruchamianiu aut. Słuchałam tego i patrzyłam w lusterku na Lilianę. Miałam takie skojarzenie, że to jak tak film fantastyczny o makabrycznej przyszłości. Dziewczynka w czapce i różowych nausznikach w szczelnie zamkniętym samochodzie, a za oknem szara, smogowa rzeczywistość. A potem zaparkowałyśmy, oczywiście daleko, bo ja jestem histerykiem, że później nie znajdę miejsca. I szłyśmy na piechotę ponad kwadrans i było całkiem ładne słońce, chociaż minął nas rowerzysta w smogowej maseczce… A potem Lilka wybuchła:
- Czy Ty nie słuchałaś wiadomości, jakie jest zanieczyszczenie?? Czy Ty wiesz jakie to jest niebezpieczne? Czy naprawdę nie można było zaparkować bliżej?!
🙂
