Po turze pierwszej

No i pierwsza tura za nami! 🙂 Pojezierze Drawskie, rodzinne strony Krzycha, liczne odwiedziny u rodziny dziadka i dużo sportowców na drugim planie. Zahaczyliśmy o ośrodek przygotowań olimpijskich, dużo pływaliśmy w jeziorach i wypoczęliśmy. Było zdecydowanie fajniej niż rok temu i chociaż zawsze jadę w tamte okolice z pewnymi oporami, to tym razem muszę przyznać, że wszystko się udało super. Nie pojechał tym razem z nami pies i było to bardzo duże ułatwienie. Mogliśmy pojechać do Szczecina, wpaść do kina, po talerze, jakiejś knajpy Madzi Gessler albo po prostu na pizzę, czy nie stresować się, że suka wskoczy do wody za nami i trzeba będzie ją ratować.

Ja nasyciłam oczy męskimi ciałami 😉 Patrzyłam na tych zawodników wokół i oni są jak z innej rzeczywistości. Bo sporty wodne rzeźbią sylwetkę tak jak nic innego. Nie spotyka się takich nadludzi ani na ulicy, ani na siłowni. Silne nogi, proste plecy i ciała bez żadnych ozdobników oprócz mięśni. Bez biżuterii i tatuaży (ja chyba jednak ich nie lubię). Dziewczyny, które ćwiczą mają tak zrobione pośladki, że mogły by zostać królowymi twerka. Pewnego razu do kawiarni na terenie ośrodka przyjechał dostawczy z Polski Centralnej. Myślałam, że gość nie doniesie tych kartonów z czipsami. Jak zobaczył ekipę polskich kajakarek to potykał się absolutnie na każdym stopniu. Długowłose i atletyczne. Proporcjonalne i doskonałe.


Bardzo byli fajni ci Australijczycy, z którymi przez kilka dni mieszkaliśmy. Całkowicie pozytywni (co chwila było:WOW, It is so COOL!!), ale rozsądni i sprytni. Jeszcze do nich wrócę, bo to niezły przykład na to, jak można być zdeterminowanym by osiągnąć sukces. To były straszne szczypiorki, ale zrobili na mnie wrażenie.

I teraz taka sytuacja z któregoś dnia… Łucja wsiadała do wyczynowego kajaka… I wtedy ci australijscy bogowie rzucili się po komórki, żeby robić jej zdjęcia. Bo ona jest „future champion”.


Psa mieliśmy zastępczego lokalesa, który się za nami szwendał 🙂 A Mieszko miał kolegę praktycznie w tym samym wieku, z którym był nierozłączny.

Dojechaliśmy, wypakowałam auto, psa już mam, pranie sobie posegregowałam, pralka się kręci, a i kot też się już znalazł. Strasznie poobijany, miauczący, ale zjadł i już śpi 🙂 W domu. Siadłam więc na chwilę i ja 🙂