Lubię Roztocze. A cmentarz w mieście chrząszcza wydaje mi się ostatnią ostoją tego jak powinny wyglądać cmentarze. Jest pięknie położony na wzgórzu, auta parkuje się w miasteczku i pod górę wszyscy zmierzają pieszo. Przy cmentarzu, zza płotu przylegającej działki w prowizorycznym okienku kupuje się znicze. I tyle jeśli chodzi o punkty sprzedażowe i stragany. Ludzie mijają się patrząc kto niesie piękniejsze chryzantemy.
A potem jak już wszystkich obejdziemy wracamy do domu wujka i cioci, tego samego który był kiedyś domem mojej babci i ciotka podgrzewa grochówkę, rosół albo kapuśniak. Potem jest coś jeszcze, a potem wjeżdża góra ciast. A na koniec wujek wyciąga nalewki. Czytam jakieś wpisy znajomych z różnych miast i sceny w miejskiej komunikacji, te rozgrywki przy grobach i zasłyszane tematy brzmią jakoś strasznie. U nas najstraszniejszym poruszonym tematem były śmieci w lasach. A jak mijałam takich dwóch zagadanych dziadków to sądziłam, że „o, ci to na pewno o chorobach nawijają” lecz usłyszałam tylko: „jak chodziłem do technikum do Ostrowca… ” 🙂
Dzieciaki trochę marudziły, że na cmentarzu zawsze jest nudno, więc mój brat wymyślił, że kupi dużo zniczy i będą musiały zapalić nie tylko u rodziny, ale też u innych osób, do których nikt nie przyszedł. Świeczkę dostał jakiś Fortunat, sporo przedstawicieli rodu Klemensów i jeden właściciel cukrowni. Dziewczyny wyszły przejęte i poruszone.
A przed cmentarzem okazało się, że zapalił się śmietnik i przyjechała straż pożarna, więc jedyny-nie-czytający miał też swoją extra atrakcję!
<><>



