Cyber Monday

Black Friday był naprawdę black. Obudziłam się za późno, ruszyłam i od razu pojawił się pierwszy problem… Brak ciepłej wody… NA szczęście, nie była to terma, a programator w kontakcie. Miałam zapasowy, umyłam się w zimnej i poleciałam. Do przedszkola się spóźniliśmy i do szkoły też. Potem rozpoczęłam turę po hurtowniach z częściami do aut. Ach, bo w czwartek zmieniałam opony i okazało się, że zużyłam do końca przednie hamulce. Z częściami pojechałam do warsztatu, po drodze zahaczyłam o dom, bo w sobotę zbierali ostatnie zielone i chciałam za dnia zgrabić liście. W biegu chciałam sobie zrobić kanapkę i rozwaliła się krajalnica do chleba (pekł rdzeń trzymający tarczę)… Uff, a potem w warsztacie się okazało, że nieprawidłowe klocki kupiłam. Gdzieś tam po drodze odstawiałam Mieszka na imprezę i odbierałam go z niej. Trzy różne osoby zwróciły mi uwagę z tytułu spóźnienia (szkoła, przedszkole, warsztat). I wszyscy mieli rację. Kataklizmy się zdarzają, ale spóźnienia to było TO co rozwaliło ten dzień.

Nie czekając na Nowy Rok od dziś postanowiłam się nie spóźniać. I właściwie to wszędzie zdążyliśmy. Ze szkołą było nie do końca idealnie, bo rano Łucja zażądała zmiany stroju na w-f. Mój świetny ekonomiczny plan nie zadziałał, bo te NOWE są CHŁOPIĘCE. :))

 

I od razu wszystko poszło lepiej. Tym bardziej, że w szkole dziś świętowano ANDRZEJKI 🙂 Wczoraj piekłyśmy i szykowałyśmy ciasteczka z wróżbą. Tak jak większość klasowych mam z córkami. Ciasteczek było tyle, że dziewczynki z klasy Łucji obeszły sąsiednie klasy i resztę zaniosły nawet do pokoju nauczycielskiego. Były klasik fortune cookies, były bułgarskie ciasteczka z wróżbą i nasz wynalazek. I podobno NIKT nie wierzył, że MY to SAME zrobiłyśmy 🙂

I powiesiłam Adwentowe. Łóżko Lilki rozbebeszone, bo Klarens po dwóch dniach na dworze postanowił być kotem DOMOWYM. Leżał mi na rękach (??!!), a poranek i większą część dnia spędził na łóżku Lilki 🙂 Btw. woreczków niepełnych (sześć sztuk) po prostu nie powiesiłam. Dowieszę jak dojdą do nich rzeczy.

coraz bliżej święta!

Kolekcja na święta 2015 jest oparta na wzorach z ’60. Złoto, zdobienia, barok, przepych i rozpusta. Ach, i mowa o bombkach! Bo w sobotę zabrałam nas do krainy bombek. Tam gdzie rok temu, czyli do Nowej Dęby i fabryki ozdób choinkowych. Kolejne weekendy grudnia mamy już pozajmowane, więc był to jedyny wolny przedświąteczny termin. Zahaczyliśmy oczywiście o dziadków i dziadki też bombki pooglądały. Miejsce im się też podobało i jak to Lutka słusznie skomentowała: Jedynym problemem takich miejsc jest to, że człowiek chce tam kupić wszystko. I od razu myślisz, a to na prezent tu, a to na prezent tam, a to wezmę sobie. 🙂

Bierzesz w ręce te błyszczące kule i ogarnia Cię taki absolutny zachwyt i wiesz, że obdarowani też to poczują 🙂

Zobaczcie jakie wspaniałe takie pierniczki 🙂 Łucja wybrała sobie bombkę w kształcie mufinki! Klarens „dostał” bombkę z kotem, a Lilka wybrała sobie wielką kulę z reflektorkiem 🙂

Sówki to też wzór tegoroczny i Lutka kupiła jedną swojej koleżance, od której ciągle pożycza koci kontener. Btw. koleżanka zbiera sowy.

Misie to haczyk na kolekcjonerów. Co roku misie mają nowe koszulki. W ubiegłym roku siedziały w pastelowych, a w tym w skandynawskich 🙂

O każdej pełnej godzinie wychodzi koleś i czy to ma widownię czy nie zaczyna publicznie „dmuchać bombki”. Śmieszna była akcja bo z bocznej sali wyszedł właściciel firmy (kojarzyłam go z www) i zaczął młodego instruować. Żeby nie wciągać powietrza, jak wyginać, itd. Pogadał i poszedł. A po sekundzie podszedł syn właściciela i powiedział do gościa: Nie przejmuj się. Ojciec wszystkich poucza, a sam się nie zna 🙂 Taki smaczek rodzinnych relacji.

Dzieciaki tradycyjnie wcisnęłam na warsztaty zdobienia bombek

A potem udaliśmy się już do SKLEPU :)) Śliczne i cudowne miejsce!

zasłodzić…klątwą ;)

O tym, że lubię współczesne placówki oświatowe już wiecie 🙂 Zresztą co tu moja subiektywna ocena… Gdy zaproponowałam dzieciakom, że urwę je z piątku, bo wymyśliłam wycieczkę, usłyszałam szloch Lilki (bo mieli się bawić w cukiernię) i rozpacz, bo kolegów z przedszkola Mieszko kocha bardziej niż mnie.


.… A ja głupia myślałam, że odejdzie dopiero do jakiejś skośnookiej piękności…


Właściwie to najbardziej wyważaną reakcję dostałam od Łucji, która powiedziała: „Fajnie. W sumie to nie miałam ochoty na pieczonego łososia„, no ale trzecia klasa to wiek kiedy pojawia  świadomość tego, że szkoła spełnia różne funkcje. [Inna sprawa, że SZKOLNY JADŁOSPIS jako powód iść-czy nie iść do szkoły to już trochę dziwne :/]

Wyjazd przesunęłam na jutro (jedziemy wcześnie rano, wracamy w niedzielę i wtedy reportaż), dzieciaki zostały i przygotowaliśmy się do projektu cukiernia. Idea jest taki, że dzieci miały przynieść słodycze, utworzyć własne sklepiki i przy pomocy zabawkowych pieniędzy uczyć się liczyć.

Przydały się papierowe kubełki na pop-corn, nieśmiertelna pianka samoprzylepna, dziurkacz, nożyczki i kijki do szaszłyków. Plus papier i kolorowa tektura falista.
Trzy kubełki podstawowe:

  1. śnieżne kule,
  2. złote monety,
  3. czoko-misie

oraz jeden kubełek „podstępny”, czyli kokosowa klątwa. A klątwa bo… do każdej kokosanki (robiłam po raz pierwszy – wyszły, więc poziom trudności 0) dorzuciłyśmy STRASZNĄ SZKOLNĄ przepowiednię typu: Złamie Ci się ołówek, W paczce czipsów będzie styropian, Odrobisz inne lekcje niż te zadane, itp.

Kubełek z klątwą to nasza wersja fortune cookie i takie same zamówiła sobie Łucja na poniedziałkowe Andrzejki do szkoły. Ciasteczka z wróżbą mają być wtedy TYLKO  dla  chłopaków, więc pewnie wróżby/klątwy będą mniej szkolne, a bardziej damsko-męskie (Blondynka z III A złamie Ci serce 😉

kompletowanie cd

Zapukał listonosz i zniknął. Otworzyłam a on zza zakrętu woła:

  • Prezent pod choinkę!
  • Och, rozpieszcza mnie Pan!

🙂 A wczoraj go ćwiczyłam, czy jakiegoś Chińczyka dla mnie nie ma. A tu akurat zaczęły docierać, więc może zdążę do woreczków przed pierwszym 🙂 A jutro macie Black Friday, czyli Dzień wyprzedaży po Thanksgiving. Dwa lata temu w takim Empiku dawali drugą książkę gratis, a i na jutro szykuje się coś. Jeśli macie coś jeszcze do dokupienia na Mikołajki, albo nagłe urodziny (tak jak Mieszko jutro) to na pewno warto zajrzeć do sklepów.

Thanks, thanks, thanks

Jutro Amerykanie obchodzą Święto Dziękczynienia. Wracałyśmy ze szkoły i wyłuszczałam pannom, że to było święto pierwszych kolonistów, którzy po prostu cieszyli się, że SĄ.  Oraz że to takie przypomnienie rzeczy ważnych. Święto rodziny. Potem zeszło nam na Czupakabrę, która wyjątkowo interesuję Lilkę, a która nie wiem gdzie o niej usłyszała. A potem na zabobony i wierzenia, które obowiązują tylko w danym kraju i w ten sposób doszłyśmy do czerwonych elementów jakie się doczepia dzieciom w wózku… Itd, itd.

A wieczorem wzięłam dzieciaki i poszliśmy z powrotem do szkoły. Szkoła dziewczyn realizuje projekt zapoznawania uczniów z regionami Polski. Dość barwne było Podhale (jeden region na dany miesiąc), potem nie wiem co było (na pewno nie Małopolska, bo bym zanotowała, ale coś było), a teraz jest Mazowsze. Przez dany miesiąc dzieciaki próbują rękodzieła z danego regionu, oglądają stroje i przychodzą w jednym dniu w stroju wzorowanym na tym z tego regionu, przyjeżdżają kapele no i uczą się tańców. Pewnie też oglądają jakieś filmy i może czasem śpiewają? Zwieńczeniem projektu jest spotkanie, na które mogą przychodzić też rodzice.

Poszłam. Super! 🙂 Zatańczyliśmy trzy tańce, z których kojarzyłam „Zająca” :), można było wycinać-wycinanki i obejrzeć galerię wycinanek zrobionych przez dzieci. Oraz oczywiście przebrać się w strój ludowy. Grała kapela, Lilka wywijała w parze z przyjaciółką Olą, Łucja z przyjaciółką Natalią, no a ja z Mieszkiem 🙂

Tak żeby mi nie uciekło: czerwona wycinanka na czarnym obrazku jest Lilki, a czerwona na niebieskim Łucji.

A tu wydarzyło się coś niezwykłego… Lilka CHCIAŁA się przebrać (a nie miało to miejsca nawet na balu przebierańców) i być OBFOTOGRAFOWANA w stroju ludowym 🙂

Dzień w obyczajówce i zwyczajach!

Klarensa na Katarzynki

Klarens to kot zjawiskowej urody. Jest też roszczeniowy i wymagający. Nie umie się przelewać w wysokich kieliszkach jak niektórzy internetowi kumple, ale ma zniewalające spojrzenie. Lubi jeść, nie jest na żadnej diecie, a przyznacie, że nie ma nic gorszego niż usłyszeć: „Po 20-stej już nie jem„. 😉 Ma pewne zaburzenia tożsamości gatunkowej, lecz w końcu od trzech miesięcy wychowuje go pies. Więc chodzi na spacery razem z psem. I ze mną.

A ponieważ uważam, że każdy domownik ma prawo do własnych urodzin (rybki pewnie też, aczkolwiek nie mam pomysłu jaki im fun urządzić by zorientowały się, że coś się zmieniło: stroboskop? Karma z brokatem? 😉 urządziliśmy dziś KOCIE URODZINY.

Jego data urodzenia nie jest znana, ale pod koniec ubiegłego roku miał ok 6 tygodni… Więc kocur jest z listopada. I przyszło mi do głowy, żeby podpiąć jego urodziny pod Katarzynki, które obchodzimy dziś. Było kiedyś takie święto jak Andrzejki dla chłopaków i nazywało się właśnie Katarzynki. W tym dniu chłopaki wróżyły sobie która się w nich zakocha. Urodziny Klarensa na Katarzynki! 🙂 Btw. było nawet takie przysłowie: „W noc świętej Katarzyny pod poduszką są dziewczyny”.

Nadmuchałam cyfrę z numerem JEDEN i przygotowałam stół do warsztatów. Dziewczyny wraz z koleżanką poprzywiązywały sznurki do kocich zabawek (Klarens jest dość zabawowy) i zrobiły papierowy ul z rolek po papierze toaletowym. To super kocia zabawka: do każdego wkładasz chrupka (snaczka/przysmak) i kot je łapą wyciąga. Jest tym zaaferowany i pochłonięty na długo ;o

Mała tylko uwaga do tworzywa, bo po raz pierwszy robiliśmy coś z rolek. One powinny pochodzić z tego samego papieru, bo okazało się, że są różnej długości i szerokości. Plus zapomnijcie o pistolecie z klejem- rolki najlepiej łączyć zszywaczem. To ważne, bo myślałam kiedyś o adwentowym z rolek i czymś tam jeszcze…

Torcik ma gotowy, ale wyszedł na spacer. Toczę z nim co wieczór dyskusję, że „dobrze wychowany kot zostaje na NOC w domu” i na ogół przegrywam… No cóż, jemu kartek z oblubienicami nie będę pod poduszkę wkładać 🙂

Zawsze powoli jeść ciasto z wiśniami i zawsze podpisywać stroje na w-f

– mądrość na dziś

Gubi Łucja stroje na gimnastykę z prędkością światła. Mamy listopad a zginęła już koszulka, a w piątek zgubiła CAŁY worek ze strojem Lilki. Lilki?? Ano tak. Śpieszyłyśmy się rano, nie mogłam znaleźć worka Łucji, więc powiedziałam jej: Weź siostry. Ona dziś nie ma w-f-u. I naprawdę nie mam zamiaru kompletować kolejnego stroju. Biała koszulka + granatowe spodenki. Hurtowo to kupować?

Zrobiłam więc coś może niezbyt ładnego, ale w sumie to nieszkodliwego. Otóż stoją w szkole kartony ze znalezioną na terenie szkoły odzieżą. Jest ich z osiem. Wielkich. Co dwa miesiące panie, które sprzątają zbierają znalezioną odzież uczniów i wystawiają. Przez tydzień można to przeglądać, a potem (jutro) pozostałe rzeczy jadą do pck. Tyle, że nikt tego nie przegląda, bo takie kopanie się w ubraniach jest raczej obrzydliwe. Zaczęłam to przeglądać i znalazłam spodenki, które MOGŁY BYĆ nasze. Wzięłam je. Potem z rozpędu wzięłam inne granatowe i dwie białe bluzki, które z pewnością nasze nie są. Wypiorę, wyprasuję i będzie. W sam raz do kolejnego gubienia 😉

 

Oszczędność godna chwały, bo Łucja do szkoły miała zanieść cymbałki chromatyczne. Z drewnianymi pałeczkami… W ogóle to super. Chciałam by utrzymywać stałą rozwoju muzycznego i cymbałki się do tego wpisują. Mają już harmonijkę, gra panna na pianinie, a teraz cymbałki. Tak miało być! Pojechałam więc do specjalistycznego muzycznego sklepu i byłam tam świadkiem niesamowitej rozmowy. Czekałam aż przyniosą mi mój sprzęt, oglądałam ukulele (to jest droższe niż gitara!) i weszła starsza para. I ona mówi:

  • Chciałam kupić stroik do mandoliny.
  • Mamy takie elektryczne.
  • Ja miałam zawsze taki, że się dmuchało i się słuchało.
  • Takich już nie ma. Ale te podobnie działają. Urządzenie elektronicznie mierzy i pokazuje czystość dźwięku.
  • A ile to kosztuje? – włączył się on.
  • To zależy od modelu. A ile ma strun?
  • Dwie.

Ależ wspaniałe 🙂 Ktoś tam sobie gra na mandolinie. MANDOLINIE 🙂 Ktoś komuś. I stroi się to. Świat jest pełen niespodzianek :0

Lazy Sunday

Gazetki sklepowe przeglądam na dwa sposoby. Pierwszy to klasyczne kartkowanie w kolejce do kasy. Ale tak jest rzadziej. Częściej przynoszę gazetki do domu, stawiam siaty na stole w kuchni, odpalam wodę w czajniku i rozkładam marketową prasówkę. Czasami jak coś uznam za ważne zapisuję na magnetycznym notesie na lodówce (typu: masło 2x w L). I przyniosłam ostatnio gazetkę z Biedry. A tam na ostatniej stronie ogłoszenie wyników konkursu literackiego (nie, to NIE ja wygrałam 🙂

Tym którzy akcji nie kojarzą przypomnę o co chodziło. Rok temu sieć ogłosiła konkurs literacki na książkę dla dzieci. Zwycięzca miał dostać niespotykane wcześniej w Polsce honorarium autorskie (sześciocyfrowe). Taką samą kwotę miał dostać autor ilustracji do wybranej powieści. Zasady wywołały w necie burzę. Dlaczego nie może pisać ktoś kto mieszka za granicą? Dlaczego nie może pisać ktoś kto już próbował pisać? Taką akcję sieć przeprowadzała już wiele razy w Portugalii i konkurs cieszył się dużą popularnością. Tak było i u nas. Jury to byli autorzy literatury dziecięcej i graficy. Itd. Przyznam się, że i ja wysłałam moje opowiadanie (to miało zdaje się 60 tysięcy znaków, więc wyszło 12-14 stron), ale NIE wygrałam, zresztą i może dobrze, bo coś tam mojego z numerem ISBN kiedyś już się ukazało.

Część pisemną wygrała 35-letnia babka z Żor. Mama dziewięciolatki. Nie wiem co napisała, ale z przyjemnością to przeczytam (ma być dostępne pod koniec listopada). To zresztą extra fajne, bo cała masa internetowych trolli spekulowała, że wygrany to będzie ktoś znajomy jury, albo osoba fikcyjna. A tu figa. Zwykła, realna mama. Inna sprawa, że czasy mamy takie, że coraz więcej ludzi przebija się na zasadzie Idola. Ale jeśli chodzi o literaturę nie jest to złe. Beręsewicz, którego Łucja uwielbia też tak zaczynał.

Cześć ilustratorską wygrała 21-letnia dziewczyna ze St.Woli. I to też super. Btw. to ciekawa sprawa, bo to miasto z którego pochodzi Grzegorz Rosiński (Thorgal) i gdzie odbywają się co roku warsztaty i spotkania komiksiarzy, czyli musi tam być dobry fluid do rysowania.

<><>

Siostrzana pogawędka:

  • Każdy Adam jest zaskakujący –Łucja
  • Nie, każdy Adam to cienias – Lilka

Białe nie potrafą klaskać pośladkami

– Orange is the New Black

Wybrałyśmy się dzisiaj (MY: babki, czyli ja, dziewczyny i babcia) na coroczny show polskiego dizajnu. Ależ piękne rzeczy tworzymy! Oparte w naszych skojarzeniach, bawiące się urokami naszego języka i kultury. Widziałam np. niesamowite papierowe rzeźby, które też musimy spróbować zrobić, oglądałam poduszki wypełnione łuskami, piękne książeczki i plakaty (jest taka tendencja, że to są współczesne obrazy i wartość grafik będzie rosła, choć już wyjściowa cena jest dość wysoka). Wystawione rzeczy były cudowne i w różnych wątkach będę do nich wracać. Łucja kupiła sobie drewniany talerzyk w kształcie guzika, a Lilka małą pluszową pchłę szczęścia (z rymowanki pchły na noc, karaluchy pod poduchy i szczypawki do zabawki 🙂 Sporo było wąsów :), mebli i LNU.

To w lewym górnym rogu to kalendarz adwentowy z papierowymi torebkami, a w prawym górnym nakładki na korki od wina. Wg mnie najlepszy był mrówkojad, ale panny uparły się na królika i lisa 🙂 I macie kilka rzeczy, już ze stron wystawców (papierowe głowy, neony do wnętrz, doniczki i ceramika, schowek dla kota, drewniane meble, plakaty i pościel z gryką):

i porządki przedświąteczne zaczęłam

Okazało się, że w tym roku Lilka też musi zaliczyć jakieś rzeczy z religii. Do komunii dopiero w 2017, no ale coś tam muszą zdawać. Przyniosła mi zeszyt i pokazała co. Spojrzałam i oczywiście o temacie zapomniałam :/

Lecz oto przyszła dziś ze szkoły i mówi:

  • Mamo, zdałam pierwszą rzecz z religii!
  • Super. Zapomniałam o tym. Będziemy się uczyć. A co zdałaś?
  • Znak krzyża.

?? Więc zabraliśmy się za naukę. I okazało się, że Łucja ją lepiej uczy. Siedziały razem i mówiły wspólnie, a po chwili Lilka już coś tam więcej umiała. Ale ten znak krzyża to mnie zmiótł dzisiaj 🙂