Ostatni rok starego roku spędziliśmy na sankach. W TYM towarzystwie wszyscy to asekuranci, więc na dużą górkę nikt się nie porwał 😉 Później rozwiesiliśmy serpentyny, nadmuchałam balony i wyciągnęłam szampana z dalmatyńczykiem na butelce (smak truskawka 😉 Za oknem sąsiad już raz po raz odpala race, dzwonią już telefony z życzeniami (przed sekundą rozmawiałam z dziadkami – w Krynicy śniegu tyle co tu), więc atmosfera Sylwestra ogarnia i nas. Nasza godzina 12-sta, czyli przejście do NOWEGO ROKU, to tradycyjnie ta z Dubaju, czyli północ odświętujemy o 21-szej! 🙂
Czego Wam życzyć? Życzę Wam czasu! Brakuje go najbardziej, a to klucz do wszystkiego. Do długich rozmów o niczym i o wszystkim, do przeczytania książeczek dzieciom i do spacerów po śniegu. Dużo mam planów na ten 2015, ale o postanowieniach jutro 😉
Bardzo bym chciała móc nazwać go NIE: trudnym, lecz przełomowym. Niemniej jednak cieszę się, że już się kończy. Absolutnie nie wiem co będzie dalej, ale zmiany są i będą. Pomijając zawirowania rodzinne, które zajęły całą mnie i wstrzymały pewne decyzje, w 2014 przydarzyło się też dużo rzeczy dobrych. Były fajne wakacje, Mieszko poszedł do przedszkola i je polubił, a Lila odnalazła się w szkole.
Walczyli na Ukrainie, szalała ebola i skakano z kosmosu. Ach i nawalała nam/mi elektronika: siadły dwa laptopy, rozwalony został tablet i aparat fotograficzny. Ten brak laptopa jest bardzo bolesny głównie ze względu na brak seriali, ale dwa tygodnie temu szwedzkie władze najechały na Zatokę Piratów oraz inne torrentopodobne, więc oglądanie seriali i tak by stanęło na chwilę w miejscu.
W kategorii NAJWIĘKSZY/NAJWIĘKSZA/NAJLEPSZY/NAJZNACZNIEJSZY wygrywają:
Głupota roku – rozpad naszego małżeństwa. Nic na nie to poradzę, ale tak na to niezmiennie patrzę. Bo było sobie małżeństwo, zupełnie zgodne i wcale nie gorsze od innych, w moim odczuciu zupełnie niezłe. Nie było w nim kłótni o żadną z trzech rzeczy prowadzących do rozstania (wychowanie dzieci, stosunek do rodziców czy pieniądze). Były wspólne zainteresowania, fascynacja, duży margines wolności i zaufania. I nagle to wszystko runęło. Próbowaliśmy to ratować, ale nie wiadomo skąd zaczęły wypływać żale i pretensje, których pewnie nigdy by nie było… Machina rozpadu jest nie do zatrzymania. Stoisz z boku i nie masz no wpływu. Próbujesz czasem się szamotać, ale i tak to gna. Może i zewnętrzne czynniki były przytłaczające, ale jest to coś czego cały czas nie mogę zrozumieć.
Wynalazek moto– mata na szybę.
Kosmetyk– płukanka octowa do włosów. Robiąc w lecie zakupy w drogerii dorzuciłam do koszyka octową płukankę z malinami. Na moich włosach, oprócz zapachu nie dostrzegłam różnicy, ale jak użyłam u dziewczyn to efekt był oszałamiający. Łucja ma dość mocny zapach skóry głowy, a płukanka go zmyła. Poza tym TEN problem z włosami, który dotyka polskie szkoły i przedszkola nas nie dotknął i tak sobie myślę, że to może przez takie zakwaszenie skóry?
Cud medyczny – osiągniecie lekarzy z Wrocka w leczeniu uszkodzonego kręgosłupa. Lubię wielkie osiągnięcia w medycynie.
Hit muzyczny – Latem moją 100% uwagę zdobyła wersja piosenek Shakiry wykonana przez Boys Band z brytyjskich uczelni, no a koniec roku to już tradycyjnie wysyp dobrych kawałków. Dobrze mają się Bednarek i Margaret, hitowa jest DJane z piosenką Girls in Luv, bo muzyczne wyliczanie kochanek ma się od czasów Mamby Nr 5 bardzo dobrze, plus urzekł mnie kolejny numer Davida Guetty!
Sklep i nurt zakupowy – mówiąc na okrętkę tegorocznym odkryciem jest ten z insektem w logo… Smakuje mi ich pieczywo, rozwalają mnie ceny niektórych produktów, mam go niedaleko domu. Mandarynki są zdrowe i nie przejrzałe i właściwie to nie wiem czy to ten sklep (w sensie sieć) jest taki super, czy tylko ten punkt, ale zakupy robię w dużej mierze tam.
Gadżety – szczotka do czesania psa. Nic dodać nic odjąć.
Serial – THE 100. Emocje jak przy pierwszych Lostach.
Żywność – czarna herbata z dodatkami, syrop smakowy do mleka (mamy już wanilię i truskawkę i dzieciaki to uwielbiają) i kapusta pak choi.
Program na kompa– AWD Cleaner, czyli szybkie i proste czyszczenie z niechcianych toolbarów
Odkrycie muzyczne – scieżka dźwiekowa z True Blood (tu szczegóły będą się pojawiać w ramach kolejnych odkryć) oraz piosenki śpiewane przez dzieciaki z Disney Channel.
Bajka– Wodogrzmoty Małe. Długo żeśmy dojrzewali do tej kreskówki, na początku wydawała mi się paskudna, ale jest naprawdę niezła.
Nurt/Trend– patriotyczny. Mieliśmy rocznicę powstania, był szumny film o powstaniu, zbliża się rocznica końca wojny, więc nurt się utrzyma. W wielu elementach to wypływało, a ostatnio w telewizji na dziecinnym kanale usłyszałam piosenkę „Jestem Polką i Polakiem„. Podoba mi się to – to takie budzenie w dzieciach dumy, z tego kim jesteśmy. Obserwowałam całą trójkę czy patrzą i patrzyły. Śpiewały i podobało im się to. Bardzo to pozytywne.
Nie miałam pomysłu na tegorocznego Sylwestra… Wszystkie sąsiedzkie koleżanki dziewczyn powyjeżdżały, rac sama odpalać nie będę, zapakowałam więc dzieciaki i przyjechaliśmy do dziadków. Dziadki jutro z rana jadą na Sylwestra w góry, przydamy się więc do opieki chociażby nad kotem.
Kupiłam nam serpentyny, czapeczki i dziecinnego szampana. Kupiłam też szampana dla dorosłych, ale go nie zabrałam bo doszłam do wniosku, że dla jednego łyku nie będę go otwierać (wiem mogłam kupić małą butelkę, ale małe były tylko wytrawne, a ja lubię te słodkie i pospolite). Śniegu tu dużo, więc planów sporo!
Przejrzałam bloga, przeszłam się po domu i zebrałam wszystkie rzeczy, które doszły w mijającym roku. NIE było tego dużo, NIE były to przedmioty coś rewolucjonizujące, NIE odbyły się żadne remonty czy przebudowy. Dochodziła głównie tekstylna drobnica. Bardzo bym chciała w 2015 wprowadzić nową kategorię: dom sportowy, by w podsumowaniach roku móc utworzyć listę zupełnie nowych fitness gadżetów. Widziałam np. rewelacyjną równoważnię, która może też być długą postawioną pod ścianą ławą. Nie w trybie raz na miesiąc, ale 4x do roku? I bardzo bym też chciała by co roku dochodził jakiś muzyczny sprzęt, choć niekoniecznie perkusja ;). W tym roku Łucja dostała harmonijkę. Kupiła sobie najpierw jedną na zielonej szkole, bardzo ją lubiła, ale jej się rozpadła, więc drugą przyniósł jej Mikołaj. Siedzi teraz i dmucha.
A więc co dochodziło? Najważniejsza zmiana to był pokój dziewczyn, gdzie doszło kolejne biurko i krzesło. Nowy dywan i dwie drewniane szkatułki na biżuterię. Te ostatnie też są od Mikołajowe. Jeden z Mikołajów przytłoczony chińskim plastikiem w sklepach postanowił im kupić biżuterię, a ja wiedząc o tym wcześniej wymieniłam im równolegle stare zdezelowane pudełko na dwa nowe.
Razem ze zmianą ich pokoju zmieniło się poddasze, które stało się teraz moją graciarnią. Wytapetowałam sobie również kącik z moją toaletką. Uszyłam dwa obrusy i kupiłam trzy zimowe kocyki, które stały się narzutami na łóżka dzieciaków. Narzut było zresztą więcej. Samotny nocą pies Sziwa wygryza w nich dziury i dolną kanapę przykrywa w tej chwili nowa- amarantowa. Okno w mojej sypialni ozdobił ocieplacz na okno, który rzeczywiście działa. Od strony okna jest lodowaty, więc ciepło trzyma się w środku.
Trzecie krzesło do kuchni spowodowało, że z domu wyleciał dziecinny stolik. Trochę skorup: miseczek i nowych kubków (te z których nadruk się spłukał w zmywarce stoją w siatce do wywiezienia do jakichś letnich domków) i nowy ceramiczny czajnik. Kosz wiklinowy na bieliznę, telewizor, ramki na dziecinne obrazki, toster od Mikołaja (wyobraźcie sobie, że Mieszko marzył bym JA dostała toster… 🙂 i trochę czegoś do Rosjanie nazywają durnostojkami, a chodzi o bibeloty. Jeśli chodzi o to ostatnie to wiele lat się przed nimi broniłam, że zaśmiecają dom, ale w tym roku doszłam do wniosku, że dzięki nim dom ożywa. One się tłuką, gubią, albo nudzą, więc w fabryce szkła w Rymanowie dokupiliśmy kilka takich właśnie…
Na przyszły rok przechodzą firanki do sypialni, dywan do pokoju Mieszka (ten co jest pamięta jeszcze czasy gdy jego pokój był bawialnią, więc jest poklejony farbą, plasteliną i klejami), nowa kanapa do dużego, poduchy na krzesła do kuchni i letnie narzuty na łóżka dzieciaków. Korci mnie zmiana fototapety u Mieszka na jakąś męską (teraz jest ferma) w połączeniu z pomalowaniem części ścian u niego w pokoju. Chciałabym scyklinować stół w kuchni, poprawić płytkę przed domem i pewnie przed urodzinami Lilki podmaluję ściny w dużym pokoju. Potrzebuję też półmisków i dużych talerzy do wykładania czegoś tam. Niedużo, ale pewnie w trakcie potrzeby pojawią się same!
Tegorocznym napojem nr 1 będzie chyba zwykła czarna herbata. W jednej knajpie z miesiąc temu podali mi ją z goździkami, plastrami pomarańczy i świeżego jabłka (?!) i syropem z malin. Ja dodaję jeszcze kroplę syropu z pędów sosny i pigwę. Proporcje na oko/a właściwie na język, więc co dzbanek to smak się zmienia… Nie ma sobie równych taki napój. Na nadchodzące zimowe spotkania będzie idealny!
Dziś dziewczyny dostały PAMIĘTNIKI 🙂 I co ważne, obie poczyniły po pierwszym wpisie. Łucja wykonała całostronicowy elaborat, o tym jak spędziła święta, a Lila napisała temat (KOCHAM Sziwę) i na reszcie strony namalowała psa. I usypianie idzie słabo pod koniec roku… No, ale w perspektywie Sylwester, więc to może nie jest takie złe?
Jest w Doktorze Ziwago (tym z ’65) taka scena jak odsuwają drzwi w pociągu jadącym przez Syberię. I nic nie widać, bo cały wagon pokryty jest takim lodowym kokonem, który muszą zbić kilofami… I takim PRAWIE 😉 kokonem pokryło się nasze auto w drodze do domu. Mijaliśmy pługi (sztuk dwie), widzieliśmy dzieci na sankach (!!!) ciągnięte przez gorliwych tatusiów po pierwszym śniegu, a śnieg padał coraz mocniej…
Wróciliśmy. Jutro wydaję przyjęcie świąteczne dla rodziny Diabla. Będzie on, babcia i kuzyni dzieciaków z rodzicami. Ale zanim do tego dojdzie mam awaryjną wizytę z Lilką u dentysty (o tym opowiem kiedy indziej). Nagrzewamy dom, rozkładamy bagaże i budujemy z klocków. Booooo pod choinką były dla dzieciaków pudełka. Wymyśliłam, że duże boxy kloców będą czekały w domu. Raz w roku takie wyzwanie powinni pokonać 😉 A w domu, bo w ten sposób elementy się nie pogubią i nie trzeba będzie tego przenosić. Lecz był trochę problem z wyborem zestawów. Nie z Mieszkiem, bo KLOCKI dla chłopców rozbudowują się fantastycznie. Dostał scenkę z Arktyki, ale do wyboru byli kowboje, nowa seria superbohaterów, a do sklepów właśnie weszła wodna policja z posterunkami na bagnach, motorówkami i krokodylami. Nie było też problemów z Lilką bo ona jest wielką miłośniczką zwierząt, a najnowsza podseria fioletowych przyjaciół to ratowanie tropikalnych zwierząt. Był za to spory dylemat co z Łucją. Friendsi są dla niej zdecydowanie za prości, a wszystkie inne serie są zupełnie nie dla dziewczynek. Dostała więc Władcę Pierścieni. Trudne to było, ale każdy dłubiąc w swojej instrukcji dał samodzielnie radę swojemu pudełku! :))
Patrzy we mnie tymi brązowymi oczami i milczy. I nawet nie szczeknie… 🙂 A mogła chociaż zapytać po co ci LUDZIE tyle rzeczy papierem zawijają, żeby to potem rozwijać? Zresztą zanim DUZI pozwolą rozpakować to MALI ludzie chodzą wokół choinki i oglądają te paczki… Albo poskarżyć się, że ta mała Gabrysia mogła na NIEJ cały czas nie siedzieć i że denerwowała też JEJ Mieszka, bo mu zabierała klocki! LUB dlaczego przygotowano tak wiele jedzenia i tak MAŁO z tego zjedzono? Bądź przynajmniej zagaić, o co chodzi z tatą Gabrysi, który z Mieszkiem budował z klocków i bardzo mu się to podobało co jest bardzo dziwne, bo klocki pachniały nim, więc po co dawał komuś prezent, którym sam się bawił??
Święta powinny być rodzinne. W pamięci mam jedne kiedy nie było taty. Ja miałam wtedy jakieś 15 lat, a mój brat 14. Krzycho był w szpitalu, byliśmy daleko od Polski i święta spędziliśmy w trójkę. Słabe to były święta. Rodzina to siła.
Na święta powinno być więcej czasu… Na przygotowania – ja zapomniałam o jemiole i dziewczyny nie mają nowych sukienek. Ja zresztą też wystąpię w zestawie ubiegłorocznym. Nie kupiłam też świetlanego jelonka przed dom, ale mam na niego ochotę i w przyszłym roku już będzie! 🙂 I na późniejsze świętowanie też jest za mało czasu.
Spokojne – bez szarpania co będzie później. Bez wątpliwości i z dobrym, jasnym planem.
I smaczne – byle jaki mam pęd do gotowania ostatnie miesiące i dawno mi tak nic nie smakowało jak w tej chwili. Smakują mi podjadane cichaczem śledzie, pyszny jest pasztet, a tegoroczny barszcz Lutki to mistrzostwo świata.
Życzę Wam więc wesołych, spokojnych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia na których niczego nie zabraknie! 🙂
Zapukali nam do drzwi… Wyjrzałyśmy przez okno z Lutką, a tam trójka wyrostków (oni i ona) stoi. Kolędnicy? Już? Przed świętami? Lecz gdy otworzyłyśmy drzwi oni wyciągnęli przed siebie lampion i zapytali:
Czy chcą Państwo światło pokoju na świąteczny stół?
Lutka zapytała:
A ile to kosztuje?
A młodzian odpowiedział:
Nic. To od księdza.
Lutka w pośpiechu zaczęła szukać świeczki i odpaliłyśmy… Jak uchylili ten lampion, wiatr dmuchnął do środka i dziewczyna krzyknęła:
Uważaj, bo Ci znowu zgaśnie i będziemy znowu do proboszcza musieli chodzić!
Sympatyczne. Nie znałam tego zwyczaju, ale jak zapukają Wam do drzwi będziecie już wiedzieć, że z POKOJEM przybyli… Wracam do pomagania Lutce. Dochodzę do wniosku, że obecność przed świętami jest ważniejsza niż w trakcie. Ubieraliśmy choinkę, szukałam po sklepach wołowiny do bigosu, dokupowałam żelatynę, byłam na plebani po opłatek, szukałam dzbanków na susz w piwnicy i pomagałam wybierać ości z karpia do galarety. Niby nie dużo, ale miło, że choć tyle mogłam zrobić :))
Miała być jedna rocznie, za to z przesłaniem… No, ale NIE wyszło 🙂 BO?? Bo dziś pojechałam z dzieciakami do Muzeum Bombek. Istnieje od niedawna, nie znałam go, plus ostatnio z kilku stron mnie bombardowano informacjami o nim :))
Iii? Bardzo fajne miejsce. Jeśli miałabym się czepiać to sala wystawowa mogła by być bardziej zróżnicowana, a nie po prostu wietrzną halą podzieloną przez regały, a warsztaty bombkowe można zdecydowanie z większym rozmachem zrobić 😉 ale zebrana kolekcja bombek z całego świata jest imponująca, a aranżacje choinek z różnych zakątków półkuli są bardzo ciekawe. No i sklep jest hipnotyzujący, więc doszły nam autentycznie przepiękne bombki!
A to już warsztaty. Dzieciaki dostały po bombce (szklanej, żaden tam styropian), klej i brokaty. Mieszko malował kółka, Lila serca i gwiazdki, a Łucza swoje imię :))
Następnie w ultrafiolecie DZIEŁA wysychały (my w tym czasie snuliśmy się po sklepie)…
Snuliśmy się to zresztą nie to słowo, bo to było dość konkretne wybieranie. Mieszko zebrał np. wszystkie bombki samochodziki jakie tylko były dostępne (większość została dyskretnie odłożona, ale Mikołaj na motorze, i wóz strażacki owinięty świątecznym szalikiem został). Łucja wybrała ośnieżone szyszki i kota w butach. A Lila utknęła przed bombkami Z PSAMI i spędziliśmy (foto niżej) conajmniej 20 rozdzierających minut czy świąteczna Sziwa z laską będzie lepsza od psa w muszce trzymającego prezent? (do wyboru było PIĘĆ psów i decyzji nie sposób było podjąć…)
Warto tam wracać. Czy to pod drodze w Bieszczady czy to na trasie do Przemyśla. Firma zapowiada kolejne wzory – foty zapowiedzi niżej (te auta Ralpha Laurena i zwierzątka to też będzie szał) i atrakcje, a taka prawdziwa bombka to zawsze wspaniały prezent. Można zamówić ją z dedykacją, imieniem, albo wzorem. Najmodniejsze w tym roku są bombki przezroczyste (foto wyżej). Sople (jest), serca i kule (są). Od góry obsypane czymś błyszczącym, z namalowanym wzorem albo zwykłe szklane kule, którą można powiesić solo, albo naładować do niej piórek. Mamy jedną taką bez wzorów i w domu będziemy nad nią pracować… Doszedł też czubek na choinkę (taki złoty jak ten niżej) , wielka błękitna kula (w życiu takiej nie widziałam), dwie bombki dla babci, konik w stylu Wiktoriańskim i zdaje się coś jeszcze. Jakby nie było gdy ustawiłam siatki z bombkami w aucie na fotelu pasażera to wchodziły mi w światło okna… W przyszłym roku nie kupuję więc ŻADNYCH bombek i papierów świątecznych 😉
Ach i na przyszły sezon właściciele zapowiadają, że hitem będą bombki z „reflektorkiem” stylizowane na wzorach z lat ’60 ;))