niedziela

Jestem.

W ferworze spotkań i wspomnień. Naprawdę jest to dla mnie ważne i cenne, że jestem w tym wszystkim z nimi. Rodzina Diabla to ludzie gwałtowni w słowach, pochopni w decyzjach, ale też żywiołowi i emocjonalni w jakiś taki dziki (to zaleta!), cygański sposób. Dużo jest niekontrolowanej rozpaczy i łez (moich również), ale przeplata to się to z żartami o zmarłym. Że zaraz wstanie i będzie się awanturować gdzie pilot (np.) To wszystko są bardzo prawdziwe i pomagające zachowania. Dzięki temu wydaje mi się, że pogodzeni przechodzimy dalej… Dobrze, że są małe dzieci. Uwaga ciągle koncentruje się na nich i na tym jak i im tę straszną wiadomość przekazać i ułatwić jej przyjęcie.

<><>

Czas gna i leci. Wczoraj zrobiłam sobie z dziewczynami naszymi i sąsiedzkimi Andrzejki. Wróżyłyśmy imię przyszłego oblubieńca: Łucji wyszedł Olek z klasy Lili, Lili wyszedł Jędrek z klasy Łucji i ustawiałyśmy buty (Łucja wygrała). Lany był wosk: Łucji wyszła korona, Lili serce (tej miłości nigdy nie za wiele), a mi igloo, albo patrząc z drugiej strony miska 🙂 Bardzo mi oba te symbole pasują. Zarówno zimny z zewnątrz, a gorący w środku domek, jak i naczynie, które można zapełnić.

Dziadek Samuraj [‚]

Dziadek chorował na serce. Już od kilku lat. Od jakichś dwóch można było z nim tylko o chorobie rozmawiać. Ale nie zawsze tak było. Pamiętam jak 10 lat temu poznałam Diabla i on był wtedy bezsamochodowy to podrzucał nas jego tata. Prowadził auto i zagadywał. Pomyślałam: On jest bardziej figo-fago niż jego syn 🙂 I lubił mnie – swoją późniejszą synową. Ja też go lubiłam. Bywał nieznośny i samolubny, ale przyrządzał najlepszą wątróbkę na świecie, której mnie w końcu nie nauczył robić. W ogóle lubił gotować i jak przychodzili do nas na urodziny zawsze mi przeszkadzał w kuchni. Złościłam się na niego, krzyczałam: Łukasz, zabierz stąd tatę, bo mi z garków podjada, a ja tego nie znoszę!!! Albo: Łukasz!!! Usadź gości przy stole! Był też dziadek zapalonym wędkarzem, dzięki czemu jego syn świetnie sprawia ryby. Ale nie zdążył również zabrać wnuki na wędkowanie.

Mój pierwszy dziadek zmarł jak byłam mniej więcej w wieku Łucji teraz. I pamiętam go słabo. Pamiętam, że był przystojny, niedostępny, trochę się go bałam i wydaje mi się, że nie zwracał na mnie uwagi. Mamy wspólne zdjęcie z Gdańskiego zoo i jak go sobie wyobrażam to pamiętam tę fotografię. On doskonały jak gwiazda filmowa i ja mała gapa w białym misiu.

Chciałabym, żeby dzieciaki zapamiętały dziadka inaczej. Jako osobę zabawną, wygadaną i mistrza ciętej riposty. Dziadek Jacek nazywany Samurajem (z racji upodobania do chodzenia w szlafroku) był mistrzem powiedzonek. Niektóre były pikantne, inne łagodniejsze, ale znał ich setki, jeśli nie tysiące co czyniło z niego atrakcyjnego imprezowego kompana. Jak się rozpędził z tym dogryzaniem i odbijaniem piłeczki nie można było go zatrzymać. Dużo z niego ma Diabli, z którym spędzał ostatnio najwięcej czasu. Źle mi jest, że nie mam jak go teraz przytulić. Poza tym właściwie odkąd piszę blogi to pierwszy przypadek utraty bliskiej mi osoby. Zrobię więc przerwę w pisaniu. Do niedzieli. Wszystkie tematy wydają mi się teraz błahe i nie na miejscu.

sny

  • Mamo, miałem sen!
  • Jaki Mieszula?
  • Śniło mi się, że poszliśmy do sklepu i kupiłaś mi lego robota i remizę.
  • Ty i ja?
  • Tak. Kupiłaś mi?
  • No pewno.
  • A gdzie jest?
  • Ale co?
  • Klocki. Robot i remiza?
  • Nie wiem. W sklepie?
  • Ale powiedziałaś, że mi kupiłaś!!!!
  • W śnie Ci kupiłam :))
  • Ale ja chcę!!!!

Dzieci do piątego-szóstego roku życia mają sny-bajki. Śnią o cukierkach, zabawie, wakacjach i lataniu. Potem następuje epizod 2-3 letni, który związany jest ze zwiększoną świadomością i pojawiają się koszmary. W ilościach zdecydowanie większych niż u przeciętnego dorosłego. Zaczynają się bać wszystkiego i o wszystkich. Olśniło mnie wczoraj, że komunia idealnie się w ten okres wpasowuje. Nawet jeśli tematu wiary nie ma domu, to zagadnienie i możliwość pomocy sił nadprzyrodzonych się pojawia. I to bardzo pomaga dzieciom przejść ten okres lęków. Pamiętam, że JA w tym okresie życia modliłam się przed snem. Chowałam się, bo się wstydziłam, ale tak strasznie martwiłam się o rodziców, o świat, a nawet o ludzkość (chociaż te lęki o rodzinę były najsilniejsze), że nie umiałam sobie z tym poradzić. Widzę, że Łucja jest właśnie na tym etapie i to nasilenie wiary jej pomaga.

<><>

Od dziś panny w szkole mają kuchnię. Do tej pory kuchnia, ponieważ budynek szkoły jest nowy, była nieskończona. Zupę dowożono w kotłach i rozlewano (więc na ogół była zimna), a drugie danie podawano w styropianowych wydmuszkach. Na początku listopado oddano sprzęt, zrobiono nabór kucharzy i ot jakie menu (bo to przecież nie jadłospis!) wywiesił dziś kierownik stołówki :)))

Kiedyś, kiedyś, kiedyś za 1000 lat

Załapałam się z dzieciakami dziś na fajne zajęcia. To było takie Spotkanie Mistrzów Opowiadania i zapisy na to wydarzenie były z 3 tygodniowym wyprzedzeniem. Udało się, wpadliśmy do sali, dzieciaki rozsiadły się na poduchach i prowadzący rozpoczął:

  • Jak zaczynają się bajki? Od jakich słów?. A jak zaczęły by się bajki w przyszłości?

Tu nastąpiła lawina pomysłów, z których wygrało: Kiedyś, kiedyś, kiedyś i prowadzący rozpoczął opowieść, którą kontynuowały dzieciaki… [Zanim przejdę dalej małe wprowadzenie: miasto, w którym się urodziłam to takie osiedle fabryczne skoncentrowane wokół dużego zakładu metalurgicznego i nazwijmy je dziś i tu „Miasto Rowerów”].

„Jest takie miasto w Polsce, które nazywa się „Miasto Rowerów”… [ na ścianie z tyłu pojawiły się obrazki z lat 70 i wczesno 80, okolic, które znam]… I po środku stoi gigantyczny pomnik, który mieszkańcy nazywają Transformers [rzeczywiście jest taki i trochę się go wstydzimy]. I obrazek [TADAAAM!] Pewnego razu za 1000 lat, pani X która pracuje w szkole poszła do pracy. Weszła do klasy, a tam wszystkie dzieci zamieniły się w roboty…”

Dzieciaki miały za zadanie zbudować MOJE rodzinne miasto za 1000 lat. Czad, nie? :)) Każde dziecko/rodzeństwo miało jedną dzielnicę. Wspaniała trójka zbudowała park rozrywki z fabryką cukierków, które same wlatują do buzi, ścieżki rowerowe, które same się przesuwają i lunapark z jazzuzi. Nie zabrakło tej kosmicznej psiej kupy w kolorze fluo (bo co za park, gdzie nie możesz wejść na minę). Ale najlepsze, ze większość dzieciaków zbudowała kolejne transformersy… :DD O, zgrozo! 🙂



eko pościel i zabawki z tektury

Zabrałam się dzisiaj z dziewczynami oglądać twórczość polskich dizajnerów. Poprzednim razem byłyśmy na takiej imprezie na wiosnę i baardzo nam się podobało. Fantastyczni ludzie, super atmosfera, no i jeśli panny widzą swoją przyszłość w kreowaniu i sztuce, to takie miejsca dobrze im pokazywać. Zdjęć nie można było robić, więc tylko mix z kilku stron obecnych tam artystów. Natomiast miałyśmy zabawną historię jak tam docierałyśmy. Rzecz działa się na czwartym piętrze biurowca i nie wiedziałyśmy jak tam wejść, bo w windach były tylko przyciski do drugiego piętra :)) Więc kreatywna matka zagnała córki (Mieszek został w domu z Diablim) na klatkę przeciwpożarową i puściłyśmy się po schodach do góry. Pchamy te drzwi, wchodzimy, a tam folie budowlane i tłum robotników zza wschodniej granicy. Mówię:

  • Ale my chciałyśmy na drugie piętro…
  • Tu wtaroj etaż.
  • Ale my nie tu..
  • Znajem, znajem 🙂

I bardzo uroczy młody człowiek zabrał nas do windy. A winda… nie miała przycisków. Rozsunął szklane panele, coś tam spiął i zjechałyśmy. Otworzyły się drzwi i byłyśmy na ulicy???? A on z uśmiechem do nas:

  • Tam nada! Czierez prochod! 🙂

I z tak wyczerpującą instrukcją wejście znalazłyśmy :))

wyzwania..

Czytałam ostatnio coś tam o Achmatowej i nie mogę się nadziwić jacy kiedyś ludzie byli bezradni. To nie jest potępienie, ale zdumienie, a nawet trochę podziw, że można było sobie na takie postawy pozwolić. Miała ona męża (któregoś tam) i oboje byli jak to enigmatycznie piszą biografii „nieprzystosowani do życia”. Nie wiedzieli skąd wziąć w zimie drewno, jak zrobić zakupy czy ogarnąć dom. Całe pokolenie było takie. Jak oglądam filmy międzywojenne to tam jest to samo. Taka może epoka była? . Ja wiem, że teraz mamy łatwiej, bo z każdej strony atakują nas reklamy i że nawet gdyby ktoś nie wiedział, skąd drewno wziąć, to przy drodze wielkie szyldy krzyczą same.  Gadałam o tym z Lutką, która odstawiła auto do warsztatu. Że owszem są kobiety co nie tankują sobie auta, ale dobrze jest potrafić do zrobić. Łatwo jest co prawda wejść na grabie, że skoro dałaś sobie z czymś radę, to już zawsze możesz to robić, ale będę się upierać, że samodzielność daje nam siłę.

I z takim optymistycznym akcentem wracam do kreatora aukcji, z którym walczę cały dzień i który ewidentnie mnie przerasta :))

Mąkologia

Pożyczyła sąsiadka mąkę. Mówi: wezmę szklankę, to Ci później odniosę. Więc mówię: Weź cały kilogram, to przyniesiesz mi kilogram. I wieczorem przyniosła, bo mąż po drodze do domu kupił. Pyta:

  • Dobra?
  • Yyyy… tak.
  • Nie do końca… Ale z kłoskiem?
  • Tak, ale chodzi o typ. Nieważne :)) Nie ma problemu – też zużyję, ale najlepsza jest tortowa.
  • Ona jest słodka?
  • Nie. Ale ta naprawdę też jest super. Dzięki.

Lecz tak naprawdę nie do końca to idealnie. Rzecz w tym, co wyjaśniła mi kiedyś moja wiele-piekąca ciocia Ula, mąkę trzeba kupować najdrobniejszą. Z niej wszystko wychodzi lepiej. I powiem Wam, że dokładnie tak. Czy to pizza, czy ciasto, im drobniejsza mąka tym wszystko lepiej się udaje. Stopień zmielenia poznajemy po cyfrach z boku. 500 to drobna, 450 to super drobna (na ogół z opisem „tortowa”), a Ula twierdzi, że  u młynarza kupuje 420. Temat mąki na tapecie, bo zima za pasem… Dziś jak odprowadziłam dziewczyny z nieba zaczął padać pierwszy tegoroczny śnieżek, a już chciałam się nabijać z Suwałk, że u nich pada, i że to taki polski Czeliabińsk, bo wszystkie meteo kataklizmy tam uderzają… A tu proszę: u mnie też sypnęło!!?!?. 🙂 Ale do meritum: zima za pasem, śpi się lepiej i je się lepiej! Bo po miesiącach głodówki zaczynam mieć apetyt. A to na żeberka, a to pierś z kaczki, a to na… ciasto! 🙂 Wkleję Wam filmik, który był u Malami. Nie znałam go, a jest wspaniały 🙂

kompletowanie

Pani Lili ją pochwaliła. Do mnie przy innych rodzicach przy odbieraniu dzieci :)) Lila sama (SAMA) zgłosiła się do czytania :)) Za to druga jej pani (bo obie dziewczyny mają po dwie panie na każdej lekcji: wychowawcę i panią pomagającą na zajęciach – co btw jest super bo jeśli coś jest pisane na tablicy, to druga osoba może stale kontrolować klasę) podeszła na stołówce do Łucji i powiedziała:

  • Powiedz mamie, że Lila nic nie je na obiadach.

Łucja mi to powtórzyła, ale ja zaoponowałam:

  • Lila je lepiej niż Ty! 
  • Tak, ale ONA nie tego nie wie.

:))) Przyszły książki na Mikołajki. Wcześnie o co najmniej tydzień, ale sądziłam, że będą dłużej kompletować i że przyjdzie pocztą, ale do zamówienia dorzuciła się sąsiadka i jak się rozpędziłyśmy to okazało się, że kurier gratis.

  • Łucza: Wilken bracia krwi, co jest jakąś odsłodzoną fantastyką dla ośmiolatków, Wielkie małe kobietki, czyli losy sławnych kobiet gdy były małymi dziewczynkami i Wyspa Kamieni, czyli komiks.
  • Lila: M.O.D.A – dzieje mody (bardzo dużym hitem czytelniczym okazał się u nas DOMEK, czyli inna książka z tej serii o historii architektury) oraz Labirynty – atrakcja wyjazdowo samochodowa.
  • Mieszek: Audiobook Baśnie Chińskie (do auta, dla wszystkich) i Tam gdzie żyją dzikie stwory – coś co sądząc po opiniach na forum jest czytelniczą Biblią, więc spróbujemy i my.

Chciałam skompletować Skrzynkę Potworów (której mamy już 5 pozycji i chętnie dołożyłam 5 kolejnych), ale Łucza już jest na to za duża, a dla Lilki jeszcze za wcześnie, więc może panna młodsza na urodziny dostanie. Nie kupuję też nic do samodzielnego czytania z Egmontu, bo mamy tego baaardzo dużo i jesteśmy z Lilką na poziomie 1-szym. Nie pojawili się też żadni nowi Panowie Brumm, które uwielbia Mieszko, ale jak się pewnie domyślacie mam już gotową listę na Boże Narodzenie 🙂

rodzicielskie atrakcje

Miałam dziś wezwanie na dywanik do wychowawczyni Łucji. Panna kilka razy była nieprzygotowana, ostatni test rozwiązała zgadując do czego się przyznała (choć trafiła dobrze), lektur nie czyta (rzeczywiście nie przeczytała Kubusia Puchatka, bo dałam jej Chatkę Puchatka nie myśląc o tym, że to nie to samo) i ciągle zapomina worek na w-f. Nie chcę nas metkować, że oto doczekaliśmy się efektów naszych „wspaniałych” małżeńskich pomysłów, więc zwalam to na tableta, niewyspanie i znużenie szkołą, jakie standardowo występuje na początku drugiej klasy. Panna cały czas jest super zdolna, zdobyła tytuł Mistrza Ortografii, lubi wyzwania i matematykę. Ja widzę zadania dla siebie jeśli chodzi o nią, ale to już się pani nie uzewnętrzniałam.

A prosto ze szkoły pojechałam do kościoła na kolejną katechezę dla rodziców. Ksiądz trzyma poziom rozmachu tych spotkań, więc znowu działo się dużo. Na środku kościoła stanęło drzewko bez liści. Taki suchy patyk włożony w stojak na choinkę. Tematem spotkania było przebaczenie, w tym jestem ostatnio na bieżąco, więc słuchałam uważnie. Była więc przemowa (bo to była przemowa, a nie kazanie) księdza o tym, że każdy z nas czyni zło, tylko czasem nie uważamy, że to jest zło; był jeden parafianin, który wyszedł przemówić o tym jak to żył w związku sakramentalnym i czynił zło (niestety nie zdradził jakie) i chociaż był człowiekiem mocno wierzącym to oddzielał to od swojej wiary. A potem każdy z obecnych rodziców miał podejść do tego drzewka, wybrać z koszyka wstążkę i zawiązać na nim jako symbol znaku dla tego, którym chcemy przebaczyć (to też w oparciu o którąś przypowieść). Drzewko obwieszone fioletowo-różowymi wstążeczkami mają zobaczyć w niedzielę dzieci. Tym razem podczas naszego wieszania grała gitara i też było to bardzo wzruszające.

Na koniec tradycyjnie wylądowaliśmy w grupach po 5 osób z animatorami. Ja dostałam pytanie: Czy łatwo mówić przepraszam i wybaczać? I odpowiedziałam na to tak:

  • Bardzo łatwo jest mówić przepraszam. Na ogół robimy to na odczepnego. Powiedziałem przepraszam, o co Ci chodzi? Przeprosiłem, nie? Inaczej mają dzieci. Dla nich przepraszam to jednocześnie skrucha i wątpliwość czy zostanie im wybaczone. Dlatego w przedszkolu pełno dzieciaków co stoją w kątach tak długo aż przeproszą. Dorośli niechętnie wybaczają. Wybaczenie wiąże się z osłonięciem, a ponieważ jesteśmy egoistami i lubimy się asekurować tego nie robimy. Poza tym wiemy, że jeśli ktoś nas zawiódł może zrobić to ponownie. Przepraszamy, ale swoje wiemy i urazy gdzieś tam sobie kolekcjonujemy. 

Zapytano mnie więc: Czy warto wybaczać? Na co rzekłam:

  • Pewno, że tak. To nam robi dobrze.

I wiecie już za kogo sobie tą wstążeczkę zawiązałam 🙂

epopeja z zasypianiem

Lilka znowu gorzej zasypia. Znowu, bo temat już był:/ W wersji soft chodzi po ciemnym pokoju i gada do siebie, a wersji częstszej co chwila z pokoju wychodzi bo

a)jest głodna o 22:30,
b) chciała wiedzieć co robię/coś jej się przypomniało/czegoś się wystraszyła
c) chciało jej się siku po raz trzeci w ciągu kwadransa.

A co jeszcze gorsze, ten trend podłapuje Mieszko i dwa takie zombie co mi się snują do 23-ciej skutecznie rozwalają mi organizacyjny ład.

Głęboko wierzę, że sen jest ważniejszy niż jedzenie czy zabawa. Mieszko ma leżakowanie w przedszkolu, które regularnie przesypia, ale Lilka chodzi niewyspana. Łatwiej się denerwuje, jest nieznośna i powstaje takie błędne koło marudzącego dziecka, które im bardziej zmęczone tym trudniej zasypia. Powiedziałam jej więc wczoraj, że dziś na basen z Łucją (na 20-stą) NIE jedzie. Łucja wraca o 21:30 wchodzi do pokoju, kładzie i zasypia. A u Lilki to dodatkowy powód do ekscytacji. I pomimo awantur dziś NIE pojechała. Diabli zabrał tylko Łucję i laurki dla dziadka. I laurkami Wam się pochwalę, bo wyszły świetne. Za to sukces usypiania w przypadku Lilki był połowiczny, bo zasnęła o 22-giej, ale mam wrażenie że z mniejszym marudzeniem niż zwykle!

Te czerwone frędzle pochodzą z polarowego kocyka, który zużyłam na kalendarze adwentowe. Wiedziałam, że na coś mi się przydadzą :))

Lizak z życzeniami to dzieło Łucji. Groszkowe tło, na to wycinanka niemalże łowicka i patyk-pantera 😉  Muszę przyznać, że cała trójka lubi to robić. Jest hasło, wyciągam/udostępniam gadżety i nie sposób ich wyhamować. Słońce z puchatego patyka, ubranka z piórek i wstążek, czterooki potwór (Mieszko) i chowam bo by robili bez końca! 🙂