Zmiany, zmiany, zmiany

  • Nie lubię jak tata się złości.
  • Jak też Lilku nie znoszę. Ale nie wiem co z tym zrobić.
  • Zrób mu coś dobrego do jedzenia i puść go tam gdzie chce iść.
  • Tak myślisz? Może masz rację. 
  • Ale ja bym tak nie zrobiła.
  • A jak byś zrobiła?
  • Ja bym uciekła.

 

<>

Diabli się wyprowadził.  Nie dziś, nie wczoraj, a jeszcze w maju. Sytuacja nie jest nowa. Czasem się wprowadzał. Mieszkał przez 2 tygodnie lipca, 3 tygodnie sierpnia, razem byliśmy w Bułgarii i potem do moich wrześniowych urodzin też był. Nikomu o tym nie mówiłam, bo założyłam, że dopóki nikt nie wie, że go już nie ma, to on może wrócić. Bo zostawiłam „drzwi otwarte”. I tak dusiłam to w sobie pół roku, kłamiąc znajomym, sąsiadom i rodzinie dlaczego jego nie ma w domu czy z nami na wakacjach. Stworzyłam takie warunki, że gdyby zmienił zdanie i wrócił nikt by się nawet nie zorientował. Było by mu łatwiej wrócić.

No, ale nie wrócił. I właściwie to ja byłam tą, która drzwi zamknęła. Na moje urodziny gdy zapytał się co chcę dostać, i że mam mu powiedzieć teraz, bo na noc wychodzi, powiedziałam, że chcę by nie wracał. Miałam nadzieję, że może to nim potrząśnie, ale po prostu wyszedł.

Strasznie mnie to zgniotło, ale etap poduszkowych szlochów już minął. Czasem się rozklejam jak robię to co nie było nigdy moją działką. Jak myję podłogę w łazience, walczę z kompem, albo wlewam płyn do spryskiwacza. Mam całą masę małych sukcesów jak skręcanie mebli, albo zamówienie drewna na zimę. Przyzwyczaiłam się do samotnego spania i spacerów z psem 3 x dziennie.

Ale pchała mnie nadzieja, że może coś się zmieni. I pewnie bym dalej przez kolejne miesiące brnęła w tym kłamstwie, przed rodzicami jednymi i drugim, gdyby zakochani nie pojechali na wakacje. To była kropla w kielichu goryczy. Ze mną nie mógł, a tu pojechali. Na tydzień. No bo jest ta trzecia. I nawet jeszcze czwarta, bo przyrodnia siostra dziewczyn przyjdzie na świat pod koniec roku.

 

To było za dużo… W poniedziałek powiedziałam Lutce. A w czwartek jak przyjechał do niej Krzycho mama powiedziała to jemu. Wcale się lepiej z tym nie poczułam. Wręcz przeciwnie. Zwalenie na rodziców emocjonalnego gniota to raz, ale w ten sposób wszystko stało się ostateczne. Jestem w stanie wybaczyć zdradę (mężczyznom może się to zdarzyć), jestem w stanie zrozumieć ciążę (to zjawisko stare jak świat, dlatego nie należy sypiać z żonatymi), wyrażam zgodę na pomoc finansową (aczkolwiek nie jestem tym zachwycona) i nawet mogę zaakceptować, że chce brać udział w życiu dziecka (bo w sumie to szlachetne z jego strony). Ale to było dużo, dużo więcej. Rozstania nigdy nie są dobre i pewnie się domyślacie, że tych tarć było przez te miesiące dużo więcej.

Dobrze się czuję jak mu wybaczam. Z miesiąc temu obudziłam się rano i poczułam, że żal zniknął, ale później w ciągu dnia znowu się pojawił. Ale pracuję nad tym, bo nienawiść jest czymś co wali w obie strony i nic nie pomaga. Więc NIE CHCĘ złych słów pod adresem Diabla. Musimy to jakoś sobie ułożyć. Jest taki termin rodzina patchworkowa i dobrze by było gdyby się to udało zbudować. Bez porozumienia nie widzę urodzin dzieci, świąt i pozytywnej komunikacji.

Dziś byliśmy na zajęciach z dzieciakami, ale wspólne wyjścia z dziećmi na razie nie wychodzą. Dzieciaki mają  wersje, że tata ma taką pracę, że go nie ma. Wiedzą pewnie więcej, ale takie wytłumaczenie zaakceptowały. Dziewczyny sytuację ogarniają i raczej nie wgryzają się w temat. Czasem Łucja pyta tylko, dlaczego tata nie wraca z nami do domu ze spotkań. Większy problem jest z Mieszkiem. Jemu brakuje męskiego wzorca i klei się do każdego dużego chłopaka. Na pasowaniu na ucznia w szkole nie odstępował np. logopedy. Za to dziadki (swoim rodzicom i rodzinie Diabli ma powiedzieć we wtorek) są wojownicze. Nie ma w tym nic złego, oni czują się podobnie jak ja w czerwcu, gdy o wszystkim się dowiedziałam. Nie mogłam wtedy wciągnąć powietrza, bo blokowała go taka gula żalu w gardle. Zgodnie z zasadą serce pęka, ale nie przestaje bić. Lecz czas leci i dziś jest już lepiej. Dużo jeszcze we mnie tych emocji zostało, ale wyszłam już z etapu: Ocalić za wszelką cenę. I to na pewno jest dobre.