W związku z majową komunią Łucji, podobnie jak inni rodzice ośmiolatków zaczęłam obowiązkowe zajęcia w kościele 😉 Pierwsze we wrześniu przegapiłam, ale ponieważ panna miała mi to za złe, wydarzenie wpisałam sobie do kalendarza i na październikowej lekcji już byłam.
Poszłam z nastawieniem, że oto wlepiono mi kolejną „atrakcję” ale naprawdę było fajnie. Ksiądz ma świadomość, że na spotkania przybywa dużo takich co w kościele bywają sporadycznie, ale i wcale i „katecheza” miała kształt niemalże show. Na początek mówił dużo o miłości, o tym, że by wierzyć trzeba nauczyć się kochać. I w tym kochać siebie. Słuszne i mądre. Potem był fragment o wychowaniu dzieci, który mi akurat się spodobał średnio, bo nie lubię jak ktoś kto o tym nic nie wie coś doradza. A potem się zaczęło… Z Zakrystii wyniósł gigantyczne styropianowe serce. Animatorzy rozdali nam małe karteczki w kształcie serduszek i mieliśmy napisać na nich nasze imiona. A potem przypięliśmy je do wielkiego serca, będącego symbolem Jezusa. Jak szliśmy do tego serca, tak chaotycznie i tacy trochę zawstydzeni, to jedna z tych animatorek wyszła przed ołtarz i zaczęła śpiewać. To było ładne i szczerze mówiąc wzruszające. Miało to pokazać, że w sercu Jezusa jest dużo miejsca i zmieścimy się w nim wszyscy. Dzieci mają mszę w niedzielę i będą miały za zadanie odnaleźć nasze serduszka.
A potem Ci animatorzy przejęli rodziców (rzędami) i w grupkach 5-6 osobowych zajęli się z nami omawianiem fragmentu Pisma Świętego. O synu marnotrawnym…. Hmmm … Bardziej niż postacie synów ciekawi mnie co prawda postać ojca i czy to aby to było pedagogiczne zagranie 😉 ale się dostosowałam i dałam się wciągnąć w wałkowanie postaw życiowych. No i mam zadanie domowe (lektura obszernych fragmentów księgi Jana), które powinnam przeczytać do kolejnego spotkania 😉
