Byłam dziś na zajęciach dla dorosłych 😉 Tzn. dzieciaki gdzieś tam były ogarniane, a ja zupełnie znienacka wpadłam pomiędzy osoby organizujące zajęcia teatralne dla dzieci, pedagogów i ludzi sztuki. Konkluzja burzy mózgów i artystycznych idei była taka, że przedstawienie w przedszkolu to horror. Są komponowane tak by zaspokoić rodziców. Oni zresztą tego wymagają. To pomiędzy nimi toczy się rywalizacja o najdłuższą i najtrudniejszą rolę. A teatrzyki „reżyserowane przez dzieci”* są infantylne i niewiele mówiące o samych dzieciach.
*bo to dorośli tworzą próbując się wczuć w umysł i skojarzenia dziecka – wizualizując obraz dzieciństwa idealnego
Było o tym, że puenta dziecięcych pokazów powinna być bardziej dowolna i przy organizowaniu dobrze jest dać dzieciom wolną rękę to same ubarwią spektakl tak, że będzie to dla nas i dla nich ciekawsze. Strasznie odkrywcze to spotkanie, próbuję to sobie poukładać, ale na wszelki wypadek zapisałam całą trójkę na blok zajęć w lutym.
I znaleźliśmy książkę zaczętą latem. Była w walizce Mieszka. Mali Zwycięzcy Ossendowskiego. Ależ myśmy się tego oszukali! Trójka rodzeństwa zagubiona na pustyni Szamo w początkach XX wieku. To dzięki niej Mieszko latem zamarzył, że chce się nauczyć łowić ryby! 🙂

