na wschód od matriksu

Pojechałam dziś do takich hurtowni, gdzie sprzedają ludzie z całego świata. No dobra, nie całego, ale na wschód od nas. Są więc hale Chińczyków, Turków, Wietnamczyków i „Ruskich”. Jest tam niesamowicie. Byłam już raz w czerwcu, ale chciałam wyrwać się bez Mieszka, bo to nie jest miejsce dla dzieci. Wszędzie pospiętrzane kartony, sprzedający grają w karty pokrzykując na siebie, unosi zapach fajek i auta parkują bez specjalnego uważania na innych. Ale jest taka żywotność i energia, że po trzech godzinach byłam wypompowana. Jak wchodzisz do galerii handlowej to tak jakbyś przenosił w matrix. Szemrzące fontanny, zawsze jasno i czysto i pachnąco. Gra muzyka, ludzie przechadzają się zrelaksowani i uśmiechnięci. A tam wszystko było hałaśliwe i prawdziwe. Chińczycy są np nie przejmujący się fizjologią. Oni dłubią w nosach, bekają przy jedzeniu czy charkają. To jest element kultury – kto był ten wie. Są mini bary z których zapach roznosi się na całą alejkę boksów i sprzedawcy, którzy nie rozumieją ani jednego Twojego słowa.

Alee… trafiłam dziś do sklepów spożywczych. Piętnastokilowe worki  z ryżem jaśminowym i fantastyczne owoce. Kilka odmian mango lub bananów i owoce, których poza Azją nie widziałam nigdy. Wzięłam pachnące mango wielkie jak strusie jajo i małą wersję dżakfruta. To drugie to taki owoc, który zjadłam będąc z Diablim w podróży poślubnej. Nasz przewodnik nam to polecił jako największy przysmak. Ja rzygałam później przez kilka godzin, tak ten posmak mnie drażnił. A potrafiłam wtedy konkretnie hafować, bo miałam w brzuchu Łucję 🙂 I teraz uwaga: kupiłam taki właśnie owoc, w wersji mini i trochę mniej śmierdzący. Pokroiłam do miseczki, poczekałam aż trochę się ulotni ten zapach i zaproponowałam dzieciakom. Bo one chciały zjeść. I ŁUCJA TO zjadła. I jej SMAKOWAŁO :)) Jak to jednak ta pamięć z życia płodowego zostaje 😉 btw. mango też całe poszło :))