Rano pojechaliśmy na ognisko do przedszkola Mieszka. Potem zajrzeliśmy do ogrodniczego po borówkę kamczacką (zastrzelili mnie tym, że tego jest cztery odmiany!!!), a potem pognaliśmy z tym do dziadków (bo to Krzycho o tych krzaczkach marzył). A wracając pojechaliśmy łukiem i odebraliśmy (w końcu, przy trzecim podejściu!) świadectwo chrztu Łucji potrzebne do komunii. Przy okazji ustawiłam się wstępnie z księdzem na chrzciny Mieszka na Wielkanoc.
Mysz cały czas z nami, a Mieszko marzy o papużce. ?????

Patyki zdobyliśmy wczoraj spacerując z psem i wyszły nam takie świetne, że aż mi żal, że nie zabrałam ich spowrotem 🙂 Niżej natomiast Mieszko bawiący się w berka z koleżanką z grupy 🙂 btw. ta straż miejska to jeden z tatusiów :))

<><>
Lila ustala parametry przyszłego męża:
- On będzie w domu zajmował się dziećmi, a ja będę chodziła do pracy. Wieczorem będzie nam piekł szarlotkę, a ja będę każdemu nakładała gałkę lodów do tego :))
