Gdy wyeliminujesz niemożliwe, cokolwiek zostanie jakkolwiek nieprawdopodobne, musi być prawdą.

– Sherlock Holmes

Wiem, że do świąt jeszcze kawałek, ale jestem stuprocentowo pewna, że nie jestem jedyna, która już o nich myśli 😉 Pamiętacie jak kilka dni temu wyjęłam maszynę? Postanowiłam się zabrać za… kalendarze adwentowe :/ 

Leżąc sobie latem na plaży pokazałam dziewczynom jakie mogą być. I Łucja wykrzyknęła:

  • Chcę taki!

Lila spojrzała i dorzuciła:

  • Ja też!

Wyłuszczyłam więc, że jeżeli takie im zrobię, to na pewno Mikołaj już NIE przyniesie klockowego. Zobaczy, że mają i dostaną coś innego. I usłyszałam, że okej. Trudno, słowo się rzekło i powoli zaczęłam o tym myśleć.

ETAP I

Rozpoczął się kilka dni temu… Skoro miałam maszynę na wierzchu pomyślałam, że zacznę sobie powoli w tym dłubać. Wyjęłam z szafy kocyk polarowy (świetny patent Malami) i pocięłam. Przy okazji odkryłam, że polar to jest jednak bardzo nieszlachetna tkanina bo przylepia się do niej wszystko (a psia sierść w szczególności). Liczyłam na to, że zostanie mi jakiś skrawek i zrobię worki na prezenty, ale „wyszła” mi całość. 2×24 woreczki. Te na 24-go są większe, a na szóstego malutkie (bo nie ma co ukrywać, wtedy Mikołaj również przyjdzie, choć z książeczkami), bo będą tam tylko słodycze. Tak więc koc o rozmiarach 170 na 130 został pocięty na 48 raczej NIE równych kwadratów.

Obszyłam i przełożyłam powstałe woreczki na drugą stronę. Rekreacyjne zszywanie wraz z cięciem zajęło mi dwa wieczory.

Skrawki, czyli obcięte frędzle przydadzą się natomiast do kartek świątecznych.

Zamówiłam już biały filc, z którego powycinam cyfry, no i pozostaje problem „nadzienia”. Zakładam, że cenowo TAKI kalendarz może wyjść ciut drożej niż klockowy, ale mam czas na zbieranie. Na pewno będą minifigsy, cukierki, czekoladowe bombki, mini opakowania żeli do kąpieli czy szamponików. Przyszły akurat szczotki, żeby panny miały każda swoją, ale pomyślałam, że też im wrzucę do tych woreczków.

Etapy kolejne będą wkrótce 🙂