– fragment z wierszyka Agnieszki Frączek, który to w całości wykorzystaliśmy na zaproszeniach Hallowenowych
Zazdroszczę krajom anglosaskim tej obfitości gadżetów halloweenowych. Nie szans byśmy kiedyś ich dogonili. Jest tak silne lobby opozycji, że żadne racjonalne argumenty typu, że Wszystkich Świętych jest innego dnia czy że odrobina zabawy nie zniszczy powagi dnia następnego, nie działają. Jakby nie było, ja gadżety zamawiam, bo na półce sklepowej to byle co jest. Doszły więc sprawdzone już sztuczne pajęczyny (rewelacyjne są), kilka paczek plastikowych pająków, które wrzucałam do cukierków, etykiety samoprzylepne na napoje (użyliśmy ich do ozdabiania toreb na cukierki), balony, patyczki do balonów (przymierzałam się do tego od dawna, bo to świetny patent na pozbywanie się balonów po imprezie – każdy gość wychodzi z dwoma balonami 😉 i zestawy kreatywne.

Te pajęczyny to można naciągać godzinami. Później jeszcze je poprawiałam i wyszły rozłożyste i ażurowe 😉 I jak by robili w gminie konkurs, na najlepsze hallowenowe wejście zdobyłam na pewno główną nagrodę 😉 Bo to było coś: wszyscy przychodzili i mówili: Ooooooooo!!!. Najlepszy był kolega z klasy Łucji – Jędrek, który był cztery razy :DD Powiedziałam mu: Tobie Diabełku, nic już nie daję, bo Ty chyba cukiernię otwierasz? Ale on mi odpowiedział: Tu jest najlepsze zaopatrzenie 🙂
Co jeszcze zabawniejsze, jak opowiedziałam tę rozmowę Łuczy ta odpowiedziała: Akurat… On wie co to znaczy zaopatrzenie… ON nie wie co to znaczy LOKÓWKA! 🙂



Imprezę zaplanowałam na dwie godziny (17 do 19stej). Pierwsza część to było przygotowanie toreb (były gładkie pomarańczowe i trzeba było ozdobić je z obu stron etykietami) i zrobienie zawieszek na klamkę.



Przez czas zajęć mieli dojść wszyscy i kwadrans przed szóstą towarzystwo (11-ście z naszymi) ruszyło po CUKSY! Te zielone włosy migające na co niektórych fotkach to fluo peruka Łucji :))



Kupiłam 3 kilogramy cukierków dla duchów, ale dzieciaki (mówię tylko o mojej trójce) przyniosły zdobyte w innych domach 2, 5 kg. Czyli właściwie nic mi nie ubyło 🙂 Na koniec imprezy, podobnie jak rok temu, puszczone zostały dwa lampiony. Puszczał Diabli, który się na 18-stą stawił w odwiedziny. Był potrzebny, bo to on chodził z dziećmi po domach, a ja w bazie wydawałam kolejne garście cukierków małym diabłom, wampirom i wiedźmom…


Lubię ten dzień. Halloween jest kiczowaty, groteskowy i zabawny. Dzieciaki uważają go za najlepszy dzień roku. Wczoraj byłam z Łucją u dentysty i śmiałyśmy się, że to też święto dentystów 🙂 Duchy przegoniliśmy, marzenia z lampionem poleciały do góry i nastrajam się na jutro. Nie wiem czy od rana uda mi się skupić 1 listopada, bo okazało się, że Łucja zabrała z łazienki pastę do zębów i wysmarowała z koleżankami drzwi tych, którzy powiedzieli, że nie obchodzą, więc być może czeka mnie jakaś sąsiedzka pogawędka… A może i mycie czyichś drzwi :((












