Pisanie bloga przez komórkę sucks…

Więc w telegraficznym skrócie, bo sobota była bardzo aktywnie :))

  1. Plastyka. Podjęliśmy decyzję, że od Nowego Roku, czyli od TEGO stycznia Mieszko będzie chodził na plastykę z dziewczynami. Był na kilku przypadkowych zajęciach w ubiegłym roku i daje sobie radę. Nie technicznie, bo zajęcia są od 5 roku życia, ale towarzysko, bo siedzi i dłubie coś tam po swojemu. Dziś robili dużą pracę na Trzech Króli i wyklejali watą i plasteliną i spokojnie się w tym odnalazł.
  2. Łyżwy. Całą rodziną, zaraz po zajęciach pojechaliśmy na lodowisko. W aucie dzieciaki przebraliśmy w kombinezony, bo widziałam, że to jest lodowiskowy standard dla dzieci. Fantastycznie wyszło, że była z nami jeszcze jedna para z dzieckiem, bo nie ogarnialiśmy naszej trójki z nauką jazdy. Tym bardziej, że druga mama okazała się jakimś instruktorskim talentem, bo nauczyła Lilę (LILĘ!!!) jeździć. Za rękę, ale bez strachu i wytrwale na lodzie przez godzinę. Brawo! Dla równowagi Mieszo na lód wyszedł na 3 sekundy i z histerycznym szlochem, że BOI zszedł i siadł na ławce.
  3. Warsztaty, gdzie dzieciaki robiły muchy i biedronki z gipsu, które z przylepionym na brzuchu magnesem mają się teraz stać ozdobą naszej kuchni… :0 Foto niżej ze strony organizatora 🙂

Niczym w oblężonym Stalingradzie…

…zaczęliśmy rąbać meble na cele opałowe 😉 No dobra, nie meble, a leżak – ten sam co to go kiedyś pomalowałam na tęczowo, a był tak spróchniały, że już latem podjęliśmy taką decyzję 🙂 I Szajsung znowu padł, więc jutro rano czeka nas wyprawa na giełdę tym razem po ładowarkę. Z braku kompa zabrałam się więc za szycie. Ta bela tkaniny, którą ostatnio kupiłam ma 5 metrów. To był taki skrawek końcówek. Szeroka na półtora i długa, że hej… Z części zrobię na pewno obrus (choć to mogłyby być fajne zasłony, ale nie potrzebuję), lecz z reszty?? Może poduszki?? CD wątku N i to z lepszymi fotami! 🙂

><<>><

Siedzi Diabli przed telewizorem i nagle słyszę:

  • O Boże…

Przerażona przybiegam i pytam się:

  • Co się stało??
  • Tuszki wieprzowe potaniały.

 ???? 

Elementy

Przywiózł kiedyś z Algierii dziadek wnukom rachatłukum. To takie słodkie twarde galaretki z mąki ziemniaczanej o mocnych smakach i oprószone bardzo drobnym cukrem pudrem. Tak drobnym, że bardziej podobnym do mąki niż do cukru. Panny kostki oblizały i odłożyły, ale na święta leciały Opowieści z Narnii i pudełko przypomniały… Jest tam scena gdy chłopiec wsiada w sani królowej śniegu i ona się go pyta:Masz na coś ochotę? Na cokolwiek…I on mówi:Rachatłukum! Wtedy na śniegu wyrasta kwiat zwieńczony tacą, a na niej wysypane są te przypudrowane galaretki. Szuflada ze słodyczami została więc ponownie otworzona, wydobyto z niej pudełko i śnieżne kostki zniknęły. Przy drugim podejściu uznane zostały za całkiem smaczne ;))

<><>

Znacie ten dowcip o maniaku puzzli, który przyszedł do sklepu? Odrzuca to z 10 tysiącami elementów i widoczkiem zachmurzonego nieba i śmieje się twarz ekspedientce gdy ta przynosi takie z 50 tysiącami elementów i wzorem spływającej lawy. Ta wraca więc na zaplecze i przychodzi z torebką bułki tartej. Rzuca to na ladę i mówi: Zrób pan z tego bułkę 🙂 Wybieram dziś dla Mieszka puzzle. Robiłam w szafkach dziewczyn porządek i okazało się, że Mieszko jest maniakiem puzzli. Ale te po dziewczynach są zdekompletowane i trzeba je chyba po prostu „zmakulaturatyzować” ;). Młodemu jak by nie było należą się nowe. Może nawet bardziej męskie? Nie chodzi by o to by składał bułki, ale niech sobie „popuzzluje”! 😉 

Styczeń dla domu 26

Aby rozpocząć ten rok z organizacyjnym przytupem zaplanowałam sobie na dziś wyprawę po patelnię 🙂 I deskę do krojenia bo stara się „rozpękła”. Deskę :)) potrzebuję taką z jednego kawałka drewna, ale takie to można dostać na festynach i jarmarkach, więc dopiero w lecie będzie ta idealna, a dziś doszła klejona. Razem z nią kolejna tacka, dwie szklanki (wiem, że z bombkami, ale akurat takie, podobnie jak tacka, były w promocji 😉 i materiał z którego nie wiem jeszcze co wydziergam, ale znając mnie podejrzewam będzie to obrusik 😉  Na liście do zakupu miałam jeszcze kubeł na śmieci zewnętrzne, ale Mieszka odporność na sklepy uległa wyczerpaniu więc ruszyliśmy do domu!

Ale ja chciałam jednego z tych muskularnych Syryjczyków!

– żona do męża, gdy ten przyprowadził niewolnicę „Rome” s01e04

Wtorek po ponad dwóch tygodniach laby, jest równie wyczerpujący jak poniedziałek po wakacjach… Jakby nie było odstawiwszy dziewczyny, odbębniwszy rynek (jabłka, marchew i jajka) i odbywszy pogawędkę (z panią dyrektor z przedszkola o Mieszku) zabrałam się za prasowanie. Włączyłam sobie Rome (jak nie macie co oglądać to bardziej polecam Downton Abbey, który oglądamy z Diablim do poduszki) i obejrzałam jak to kiedyś było u starożytnych Rzymian… I widzę jakie fochy żony strzelają męża za dostarczenie do domu złego niewolnika 🙂 Ech, straciłyśmy przez te tysiąclecia umiejętności perswazji 😉

<><>

Codzienna wieczorna porcja metafizyki. Łucja siedzi w wannie i płacze, że JA jej nie potrzebuję. Wyciągam więc i wyjawiam:

  • Potrzebuję…
  • Do czego??!? Tylko nie mów, że do kochania!
  • Potrzebuję do rzeczy najważniejszej… Jak się urodziłaś to nagle poczułam się potrzebna. Tak całkowicie potrzebna. Nigdy wcześniej się tak nie czułam :))

Chwilę później wyciągam Lilę. I słyszę:

  • A do czego potrzebujesz Łucję?
  • A do czego potrzebuję Ciebie?
  • Do przytulania i całowania!
  • Oczywiście!
  • Ale wiesz mamo, ja nie wiem czy ja nie kocham taty bardziej niż Ciebie.
  • Trudno. Przeżyję to jakoś 🙂

Panny lądują w łóżku, wracam po Mieszka, wyciągam z wody i tym razem sama pytam:

  • A po co potrzebny jest Mieszko?
  • Łucja, Lila!
  • Jesteś potrzebny dla Łucji i Lili?
  • Tak! 🙂

Ka plus EM plus Be

Właściwie to powinno być C+B+M. I właściwie to nie powinno być plus, a C krzyż B krzyż M. Tak nas instruował prowadzący warsztaty muzealne w czwartek. I oznacza to nie Trzech Króli, a skrót od łacińskich słów Boże Chroń ten Dom. Wyedukowana tak Łucja wdrapała się na ławeczkę i oznaczyła wejście :))

Dziś mamy drugą turę urodzin. Ci, którzy nie dotarli wczoraj (długi weekend to pełna pokus pora 🙂 przybyli dziś. Rozmawiając więc o psach, zdjęciach z przeszłości wrzucanych na portale społecznościowe i pogodzie dotarliśmy do zmierzchu. Btw pogody…Kto ma rację? Będzie po 10-tym inwazja mrozów czy zima pozostanie ciepła? Bo podobno ta syberyjska fala chłodów, która do nas zmierza nami jednak nie zawładnie, bo ziemia nie jest zamarznięta i wszystko będzie się rozpuszczać….

Trzecie – pirackie!

Trzy lata temu, kwadrans przed 11-stą rano na świat przyszedł Mieszko. Piękny, mądry i kochany. Jak to sam o sobie mówi: Jestem duży chłopak! To taki gość kawalarz- jeśli prawdą jest stwierdzenie, że rozbawić kobietę to ją zdobyć, to ten przegoni w statsach Casanovę 🙂 Jeśli oczywiście będzie chciał, bo na razie jest zakochany do szaleństwa wyłącznie w swoich siostrach i jednej cioci 🙂

To mężczyzna mojego życia :). Byłam pełna obaw, czy chłopiec może wywołać u matki taką lawinę uczuć, ale może. Nie umiałam się rozstać z karmieniem go i choć minęło z 10 miesięcy cały czas zdarza mu się wkładać mi ręce pod bluzkę, a ja przyznam się to uwielbiam. Jego ostatnia pasja to wycinanie. Trzy tygodnie temu podczas wycinania śnieżynek odkrył nożyczki i aktualnie tnie wszystko. Na torcie jednak nie robiliśmy fryzjera, lecz pirata! 🙂

Gadżetów pirackich za bardzo nie było, bo i tak choinka dominuje nad wszystkim, trafiło się natomiast sporo pirackich zabawek. Klocki, piżama, puzzle, książeczka i motorówka :)) Menu było wokół kuchni fusion. Zupa z pomarańczy i marchwi (pycha) posypana grzankami z kolendra oraz kurczak cajun z zapiekanką z cukini w kozim serze. Jeśli chodzi o drugie nie dałabym sobie rady sprawić pałki kurczaka bez noża ceramicznego. W przepisie pałki miały być takie „gołe” z kulką mięsa w jednym końcu i była to najbardziej czasochłonna rzecz z całego jadłospisu. Aczkolwiek wysiłek warty końcowego efektu!

Sto lat, sto lat mój słodki chłopaku!

ślizgawka

Zachciało mi się wczoraj łyżew. Mikołaj przyniósł  je dziewczynom, ja nie mam, ale zawsze mogę pożyczyć od Diabla hokejówki (mamy ten sam rozmiar stopy). Tylko aura mało mroźna… Na szczęście okazało się lodowiska są! Na halach, stadionach (i to bez soli 🙂 czy na tenisowych kortach. I takie właśnie wybraliśmy! W dmuchanym balonie, tuż obok budynku szkoły (niestety nie naszej 🙂 Lodowisko jest super,  bo na ślizgawce były same dzieciaki. Nie było wariatów jeżdżących za szybko i właściwie to ruch choć biegł wokół to nie był ortodoksyjny i jak ktoś skręcał, czy przecinał to nikogo to nie denerwowało 🙂

Miejsce idealne dla początkujących :))

Ponadto są teraz na lodowiskach takie wynalazki pomagające w nauce… Czyli jeździki pingwiny, które się trzyma i pcha. One nadają stabilność i nauka idzie błyskawicznie. Łucza po 40 minutach jeżdżenia jeździ 🙂 Lila zrobiła jedno kółko przy bandzie i zeszła, ale trzeba przyznać, że też była dzielna i nie zraziła się do sportu. Baa, nawet obiecuje, że kolejnym razem zrobi dwa kółka! 🙂

A ja muszę jednak sobie sprawić WŁASNE łyżwy. I dla Mieszka takie saneczki przyczepiane do butów… Mój brat takie miał, Lutka twierdzi, że nie nauczył się na nich jeździć, ale niech turla się po lodowisku z nami!

deszczowe dni

Straszne są te przedłużone weekendy. Mąż wyrywa się z pracy po 13-stej i dezorganizuje mi cały dzień 😉 Dobrze, że pozostałości świątecznych zabawek są cały czas inspirujące. Jednym ze świątecznych prezentów były duże kolorowanki. Zamówiłam je stąd. Linkuję Wam, bo jest tam cała masa super rysunków i szablonów, które można pobrać i samemu wydrukować. Lubię takie duże płaszczyzny zabawy! :))

Lilka dostała wioskę indiańską, Łucza zimową scenkę, a Młody ruch drogowo-wodny 🙂 Btw. to sądzę ostatnie wspólne (dla trojga) kolorowanki. Łucja już wyżywa się w innych płaszczyznach, a i Lila woli tworzyć bardziej niż wypełniać. Mieszko natomiast jak widać jest akurat mocno w klimacie kolorowanek :DD

<><>

Kupiłam sobie wkładki. I widzę, że zostały otworzone i ktoś mi je podbiera… Łucja mnie się pyta wieczorem:

  • Widzisz, że ktoś Ci otworzył to pudełko?
  • No widzę. Ciekawe na co temu komuś moje wkładki?
  • Zobacz!

I pokazała mi gładką rękę 🙂

  • Wszystkie włosy sobie wyrwałam!
  • Ale to nie służy do tego! :))

Orędzie

Łucja ma ferie do siódmego, więc wymyśliłam na dziś wycieczkę. Pojechaliśmy na lekcję muzealną o Bożym Narodzeniu. Bardzo mi się podobało, było o trzech królach, a właściwie trzech mędrcach, prezentach dla nowonarodzonego, o tym czy nad żłóbkiem była kometa (nie było) i dlaczego jeden z króli był czarny. Dzieciaki przechodziły od płótna do płótna i słuchały kolejnego wykładu. Strasznie jestem dumna z naszej trójki, że słuchają takich prezentacji zaciekawione i wyciągają jakieś wnioski. No dobra, Mieszko głównie się turlał, Lili podobała się wyłącznie historia o świętym Mikołaju i o tym jak podrzucił przez okno posag trzem biednym siostrom, ale Łucja przetrawiła nowe informacje na tyle, że zapytała mnie później, czy wszyscy ludzie tak samo odbierają sztukę i czy wszystkim podoba się to samo. Bardzo dobre pytanie.

Myślę od kilku dni nad mottem na ten rok. I to, które mi wydaje się najtrafniejsze to byśmy „robili swoje”. Krążyłam myślami wokół kazania z zazdrością w tytule. Że jest ludzka i że wszystkich nas czasem dotyka. I że chociaż jest naturalna, warto ją zdusić, bo nas blokuje i na ogół dotyczy rzeczy małych. Każdy ma plan do zrealizowania i nie powinniśmy się rozpraszać. Usłyszałam dziś, że te zajęcia na których były dzieciaki nic dzieciom nie dają (od jednej z mam uczestniczących w lekcji). I nie zgadzam się z tym! Warto robić rzeczy, które uważamy za ważne! Warto realizować nasz własny plan!