po kolędzie

Ja w ogóle nie mam szczęścia do wizyt duszpasterskich. Zawsze jest coś, co mnie rozprasza. Za czasów gdy odbębniałam te wizyty regularnie miałam ciągle koty. I ten gość w sutannie był odbierany za tak atrakcyjne zjawisko, że jak nie zamknęłam w pokoju urządzały po duchownym rodeo. Mieliśmy np. kota, który potrafił zrobić pod sutanną beczkę (od stóp, aż po uda!). Btw. nie wiem czy oglądaliście kiedyś prawdziwe beczki śmierci, które przyjeżdżały z wesołymi miasteczkami, ale emocje były niezapomniane. Koleś na motorze jeździł w kółko po ogromnej beczce, a oglądało się to z góry na którą się wchodziło po prowizorycznych schodach (tatuś nas na takie widowisko zabrał i uprzedził, że oni często spadają).

Jakby nie było, gdy szłam dziś po Łucję to zobaczyłam, że ksiądz wchodzi na sąsiednie osiedle… Aha! Odebrałam pannę i biegiem do domu się przygotować. I co? I znowu nie przyszedł. Okazało się, że to trzeba w kościele było zgłosić, że chcemy przyjąć księdza :/ No cóż… I tak jestem mądrzejsza niż rok temu 🙂