Jednym z plusów posiadania psa jest konieczność spacerów. Niektórzy to uważają za wady, ale to ta sama grupa, która po przeprowadzce na wieś narzeka na obowiązek odśnieżania. Albo chce się być bliżej natury, albo nie. Ja spacery lubię. Wyprowadzam ją czasem o 7 rano, czasem o 23-ciej, i uważam to za przyjemne. Zresztą chodzić lubię chyba bardziej niż jeździć autem.
Z małą Łucją spacerowałam dwie regulaminowe godziny dziennie. Z małą Lilą też, chociaż pojawiły się nowe kierunki (plac zabaw). Tak sobie dziś myślę, że uważałam te harce na drabinkach za niezbędny element ich rozwoju, a tak naprawdę to wcale nie było konieczne… Jak Łucja poszła do przedszkola to spacerowałam z Lilą rzadziej, ale jeździłyśmy często na zakupy i czasem ją zabierałam do lasu. Natomiast z Mieszkiem przyznaję się, te spacery szły nam słabo. Były dni, a nawet sekwencje dni, kiedy siedział w domu. System zaopatrzenia domu mam tak dopracowany, że do sklepu jeżdżę raz w tygodniu, czasem zabieram go na rynek, ale jak wychodzę po Łucję, albo jadę po Lilę a ta druga jest w domu, i pytam się go czy jedzie ze mną, to na ogół odpowiada: nie.
Pies przerobił nam dzienny grafik tak, że w samo południe wypadł spacer. I na te spacery zabieram Mieszka. I chociaż na początku brzęczał, że on sobie poogląda telewizję to teraz na hasło spacer zrywa się równolegle z psem 🙂 Kilka dni temu chodziliśmy rozgniatać lodowe szybki na zamarzniętym błocie, a od wczoraj zaczęło się w końcu robić biało!

