Wpadł dziś Diabli na pomysł by pojechać oglądać iluminacje. Trochę byłam w opozycji, bo plan był znowu w wersji max, ale muszę przyznać, że wszystko wyszło super. I lunch w japońskiej knajpie, gdzie okazało się, że nasze dzieci (cała TRÓJKA!!!) rewelacyjnie wiosłują pałeczkami (to chyba po prostu bardziej intuicyjne niż widelec?), potem był dłuugi spacer i leżenie na kanapach w jednej kawiarni, gdzie były cudowne vintage lampy na ścianach, a tatin donosił nam kawy, białe czekolady i ciastka :))

