Pigwę robiłam już od kilku lat. Obrywałam krzaczek w ogródku, kroiłam twarde owoce, zasypywałam cukrem, a potem rozlewałam po słoikach. Dodawałam taki sok do herbaty, ale amatorów oprócz mnie specjalnie nie było. W tym roku, za sprawą mamy Diabla, sytuacja uległa dużej zmianie… Otóż teściowa od wielu lat bierze w trybie ciągłym antybiotyki (jest do tego medyczne uzasadnienie). Co za tym idzie występują u niej niemalże wszystkie uboczne skutki, wypunktowane w ulotkach. Tegorocznej jesieni lekarka zapytała ją: Czy ma pani dostęp do pigwy? Ona ma silne właściwości rozbijające skupiska komórek i można by nią zastąpić lekarstwa.
Było to w okresie gdy przerobiłam już kawałek moich pigw, ale drugą część jej przekazałam.
Lecz skoro polska cytryna to nie tylko uderzeniowa dawka witaminy c, ale też dużo więcej, wprowadziłam ją od razu do diety dzieci (Łucja dostaje do szkoły herbatę słodzoną właśnie sokiem z pigwy), a i Diabli okazał się nagle tak wielkim amatorem, że sok schodził błyskawicznie (został nam jeden słoiczek, który jest reglamentowany i wydzielany wyłącznie dzieciom 😉
Właściwości lecznicze i wzmacniające ma zarówno krzak pigwowca (czyli to co rośnie u nas w ogródku i potocznie jest nazywane pigwą) jak i pigwa właściwa (wielkie żółte owoce rosnące na drzewkach). Lutka np. dostała od jednego znajomego ojca dwa owoce pigwy prosto a Armenii. Stamtąd pochodzi ta roślina. I te „żółte pomarańcze” jej też właśnie sprawiłam. Niech i ona się wzmacnia! 🙂
><
W bonusie scena pocałunku 😉 Lila z Sziwą 🙂

