Długo broniliśmy się przed jesiennymi choróbskami, ale i nas dopadło Po ubiegłym weekendzie kaszlała Łucja. Do szkoły poszła, ale pech chciał, że w poniedziałek mieli próbny alarm (w szkołach mają takie pomysły). No i wyleciały te dzieciaki w kapciach i zarzuconych tylko na ramiona kurtkach. Efekt przewidywalny: panna do domu wróciła z solidnym gilem. Wtorek, środa przetrzymałam, ale ponieważ jajo w domu znosiła, w czwartek puściłam. W piątek zaczęła kasłać Lilka, a wczoraj Mieszko. Dziś Lila naszpikowana lekami stawiła się jeszcze na urodziny do koleżanki (super było), ale teraz wszyscy wykąpani i wysmarowani olejkami leżą już pod kołdrami.
Leki skończyły się nam około czwartku, więc Diabli uzupełnił zapasy. I piszę o tym, bo w aptece dali mu uroczą reklamówkę na te kupione medykamenty 🙂 Ze zdjęciem opakowania vibovitu, jakie pamiętam z dzieciństwa :)))
Mówię więc do Lili:
- Zobacz Lilu, jaka dziewczynka! Jak byłam mała to babcia Lucia mówiła, że to ja!
- A to kto?
- To przecież TY :)))
I siatka ułożona w pobliżu tacki z lekami (serwuje im jak siedzą w wannie). Owoce potrzebne są do zagryzania tranu ;))

