Podeszłam w sobotę do jednego z tych straganów zasypanych dyniami. Odmian naście, ale mi podeszły te w occie, więc konkretnie zapytałam sprzedającą babkę:
- Do octu, które będą dobre?
- Jakieś twarde. Żeby się nie rozgotowały i nie rozpadały w słoiku.
- Czyli które?
- Najlepszy będzie albo muscat, albo nasze bambino.
Zielony i pękaty muscat podobał mi się bardziej niż pomarańczowy i pokryty białymi żyłkami bambino. Jego też wzięłam w ręce, ale dopytałam:
- Taka będzie dobra? Czym te odmiany się różnią?
- Muscat ma pani w tym słoiku. On jest taki pomarańczowy, że prawie czerwony. Bambino jest taki żółty. OOoo! Przepis Pani chce?
- Chcę!
- Ja robię tak: 3 szklanki wody, 3 szklanki octu, kilka goździków i szklankę cukru. Łatwo zapamiętać 3:3:1. Pokrojoną wodę obgotować w osolonej wodzie, do słoików i takim gorącym octem zalać. Słoiki do góry nogami i zrobione!
- A jaki ten ocet? – (bo w głowie miałam 3 wersje OCTU a)winny, b)jabłkowy i c) balsamiczny)
- Zwyczajny. 10%-owy. Pyszna wychodzi
Zahaczyliśmy więc tylko o market po ten ocet, który okazał się rekordowo tani i dziś przystąpiłam do robienia :). Zgooglałam tylko w necie o samej dyni. Okazało się, że Muscat de Provance to odmiana francuska, którą uwielbiają kucharze. Jest mocno pomarańczowa, łatwa do uprawy i dobrze smakuje.

Kroić zaczęłam od góry. Diabli wymyślił, że jak nie uszkodzę zewnętrznej skórki, to wytnie potem z takiej łupiny potwora, ale zadanie okazało się nie do zrobienia.

Bo? Bo dynia jest wyjątkowo twarda. Może jak ktoś ma noże ceramiczne to pójdzie łatwiej, ale ja cięłam metalowymi i szło ciężko. Nic więc nie wyszło z uroczego planu, że wybiorę miąższ łyżeczką do robienia kulek w melonach 😉

Tym niemniej jednak jak już odpuściłam ambitny plan nienaruszenia skorupy to poszło szybciej. Jedna tylko uwaga: Początkowo kostki robiłam nacinając większy kawałek i odcinając skórkę:

Błąd!!! Dużo szybciej, dużo lżej i dużo ładniej było jak cięłam na małe kawałki i odcinałam skórkę.

Wyszły dwa talerze dyniowych kostek, jeden talerz skórek i jeden talerz pestek 😉

Potem tylko wrzuciłam do wrzącej osolonej wody i zaczęłam przygotowywać zalewę.

Wyszło pięć słoików. Degustacja za kilka dni i wtedy dam znać jak wyszło :DD

