Zawsze gdy powątpiewam w wirusy żołądkowe to zawsze nas dopadają. Katalizatorem jak to zwykle bywa była Lila. W czwartek w południe zadzwonili z przedszkola, że jest tak źle, że nie wychodzi z łazienki. Pojechałam więc po nią. Jak dotarłam to już spała, więc panie mi powiedziały, że to jakiś wirus, po od tygodnia ciągle jakieś dziecko to przechodzi. Wzięłam i zawiozłam do domu. Ledwo weszłyśmy do środka do biegunki dołączyły wymioty. Ale Lila choruje widowiskowo, za to krótko. Ostatnie „zrzuty” były koło 1-szej w nocy, a potem nastąpił spokój. W piątek bolał ją jeszcze trochę brzuch, ale nic się nie działo. Za to w piątek w nocy zaczęło się u mnie. W sobotę dołączył Mieszko, a dziś od rana leży Diabli z Łucją.
Lecz ponieważ DZIŚ obie z Lilą jesteśmy w formie postanowiłyśmy SAME pojechać na zajęcia chemiczne. Lila (bez Łucji!) weszła w grupę chłopców bez wahania i udział w zajęciach wzięła brawurowo.
- Zrobiła niebieską plazmę (co ciekawe reszcie grupy wyszła szara – a u niej był taki prawdziwie niebieski kolor, co widać, bo to to co trzyma między palcami na górnym zdjęciu).
- Stworzyła sztuczny lód (foto 2).
- I rozwarstwiła coca-colę 😉


