


Piąte urodziny Lilki miały w temacie Meksyk 🙂 Były więc różnokolorowe pompony, łowickie serwetki w mocnych barwach i tematyczne jedzenie. Nacho grande (z tego bloga), które było dużym eksperymentem i okazało się być całkiem niezłe oraz chili con carne. Przepis Pascala, który jest zupełnie inny niż to co jest w pisanym necie. Bo bez puszkowej kukurydzy, z czarną fasolą, bez rosołków i wyjątkowo pyszne. Podane z plackami tortilli (Jedźcie od razu do 7 minuty). Mieliśmy dylemat czy podawać jeszcze tortille, ale zrezygnowaliśmy. Oglądaliśmy też przepisy na zupy. Kukurydzianą, czy Gonzalesa, ale to na kolejny raz zostawiliśmy. 🙂

Impreza zaczęła się później niż zwykle, bo Krzycho miał jakieś wykłady. Zamiast więc standardowej 14-stej, całość ruszyła o 16-stej. Wujek Marcin zrobił efektowne wejście w sombrero, które potem było wielokrotnie mierzone :))


Tort był z kucykiem. Wielkim, marcepanowym i ze słodkimi lokami 🙂


Zdmuchiwanie było jak zwykle emocjonujące, a figurkę przejęła jubilatka :))



Czyli impreza udana, a teraz czeka mnie TYLKO sprzątanie? No, nie do końca. Tym razem urodziny są „po staropolsku”, bo ciąg dalszy JUTRO. Zupełnie nie mogli się ci goście nasi zgrać i dwa dni się to rozłożyło 🙂 Na 10 rano zapowiedział się chrzestny Lili (sztuk 3), a od południa będą wpadać sąsiedzi :))
