Jeśli wszystkie zakupy budowlane podepniemy pod luty, to okaże się, że w marcu można było coś dla domu kupić. Wybrałam łyżkę! 🙂 To gadżet przewrotny i symboliczny. Nie chodzi nawet o to, że marzec miesiącem oszczędzania, ale ta drewniana łyżka to dla mnie wskaźnik normalności. Za czasów kiedy miałam nogę w gipsie Diabli wprowadził swoje porządki. Zresztą w sumie słuszne i racjonalne. Wywalił wszystkie moje drewniane łyżki uznając je za mało estetyczne i zastąpił je sterylnymi teflonowymi sztućcami. Nie narzekam, bo gospodarz z niego świetny, błyskawicznie został specem od smart-shoppingu i w sposób niewyobrażalny zrewolucjonizował nasz domowy budżet. :))
Ale ja lubię te drewniane skrobanie po patelni. Tak jak lubię kreta w granulkach, bardziej niż w płynie i środki do czyszczenia w proszku bardziej niż mleczka i żele. Więc kupiłam sobie drewniane podbieraki do naleśników i drewniane łyżki. Ta, która wygląda w miarę reprezentacyjnie to łyżka szwedzka. Googlałam, żeby dowiedzieć się czemu tak ją się nazywa i nie wiem. Jakby nie był chodzi o zwykłą drewnianą łychę na długim trzonku 🙂
Na tle okna ją wzięłam, żeby było widać dlaczego mnie denerwuje poranne odśnieżanie w marcu 🙂

