Jak siedzieliśmy sobie z dziadkami na tym Drawsko-Pomorskim zadzwoniła sąsiadka:
- Hej, mam wolne miejsce w domku na Mazurach, nie pojechałabyś ze mną? Dziewczyny razem by się bawiły.
- W sumie to chętnie… A kiedy?
- Tak od 16.
- Ale lipca?
- Nie sierpnia.
- Poczekaj, poczekaj, spojrzę na kalendarz… Nie mamy żadnych planów. A do kiedy?
- Tak do piątku 24-go. Bo potem do mnie już się koleżanka wprosiła.
- Bardzo mi pasuje. Będziemy!
Pasuje nawet idealnie. Bo w piątek 24-go rozpoczyna się weekendowy zjazd rodziny Lutki. Wszystkich gromadzi wujek z Roztocza, ale na miejsce wybrał właśnie Mazury. Od punktu A do punku B, mam dzieścia kilometrów, więc nie wracając do domu po prostu sobie przejadę. Pogodynka obiecuje słońce, ale wiem już, że sierpniowe wieczory w tej części Polski są chłodne.
Dziś miałam dzień finalnego ogarniania przedwyjazdowego. Te odcinki pomiędzy są intensywne, ale podczas ostatniego wyjazdu tak wypoczęłam, że nawet nie jestem zmęczona. Bo chodziliśmy tam spać o 21-szej 🙂 Krzycho był w pokoju z dziewczynami i opowiadał im wieczorem bajki. Gasił światło i zaczynał mówić. Gdy dochodził do końca pierwszej panowała już cisza, więc też zasypiał. A ja w mojej dwójce usypiałam z Mieszkiem. O godzinie zbliżonej. Czasem się budziłam o 4 rano i słuchałam jak się budzą koguty. Czasem młodzian budził się ze mną i szliśmy razem nad rzekę zobaczyć jak mgła otacza rzekę. Mazurzanie mówią, że łąki się piorą. Że unosząca się mgła to takie „pranie”. Stąd zresztą nazwa słynnej leśniczówki, gdzie Gałczyński wysmarował swoje największe dzieła. Jakby nie było rytm snu mam taki, że budzę się o tej 4-tej, doprowadzając Diabla do szału. Bo budzi się a mnie NIE MA w łóżku. Ale ja tak chwilę się pokręcę (tak jak tam) i przecież wracam! Na kawałek drzemki 🙂
