Masuren, Masuren

Fantastycznym sportem są te kajaki. I wiele osób tak uważa… Tłok na rzece, szczególnie w weekend był taki, że na krótkim odcinku koło naszego pensjonatu płynęło równolegle (ruchem ciągłym) 14-15 kajaków. Płyną całe rodziny z psami i babciami, grupy znajomych, zakochani, baa pojawiają się nawet kajakowicze obcojęzyczni. I oni są podekscytowani najbardziej. Trudno się dziwić. My też jak trafiamy w hermetyczne miejsca urlopowe danej nacji chłoniemy klimat i zachowania pełnymi garściami. Niektórzy nie mają pojęcia o wiosłowaniu, inni płyną pod prąd 🙂 Więc Krzycho na tym tle nieźle się dowartościował. Powiem więcej… Nie było kajaka, którego nie zdołalibyśmy wyprzedzić!

Krutynia to rzeka bardzo spokojna. Na środku zdarzają się mielizny i wtedy wszyscy się zatrzymują i wysiadają, żeby się wykąpać. Jak i my 🙂 Jest płytko, a nurt jest tak słaby, że nie dziwi to, że ruch odbywa się w obu kierunkach. W miejscach gdzie są przenoski, czekają chłopaki, którzy ładują nasz kajak na wózek i niosą go za nas.

Na trasie są punkty z piwem, karkówką i lodami. Po rzece niesie się zapach biesiady i dobrej zabawy 🙂 Po te lody jak się domyślacie zatrzymywaliśmy się co chwila 🙂

Atrakcji poza-wodnych dla dzieci jest dużo. Jest np. Park Dzikich Zwierząt w Kadzidłowie. Przechodzi się tam z zagrody do zagrody po specjalnych drabinach (duże brawa dla dziadka, że dał radę!). Są często omszałe i zawsze dość strome. Z wózkiem się tam nie wejdzie, ale Mieszko dał sobie radę na nogach, choć trasa trwał dwie godziny.

Zwierzęta można karmić kupioną wcześniej karmą. Oczywiście odwagi by karmić starczyło tylko dziadkowi 😉

Byliśmy też na zamku w Rynie, gdzie Lilka dostała histerii, że tam straszy. Nawet parkingowy ją przekonywał, że duchów nie ma tylko księżniczka… Na basztę dała się więc zaciągnąć, ale o lochach już nie było mowy.

Ach i jeszcze chodziliśmy na ścieżki Parku Krajobrazowego, które przypominały tory przeszkód!

Drzewo z dziurką, do której miał odwagę palec włożyć tylko Mieszko 🙂

I dobrze nam tam było. Pogoda dopisała, atrakcji nie dość, że nie zabrakło, to zostało sporo na kolejny raz. Lubię wakacje w Polsce.  Trzeba mieć na nie pomysł, ale wrażenia zawsze są pozytywne i zaskakujące. Mam ochotę zrobić małe porównanie Suwalszczyzny, Podlasia i Mazur, ale to innym razem! 🙂

Powinnam też wspomnieć o jednej rzeczy. Tam gdzie mieszkaliśmy było dużo dzieci. W tym dziewczynka w wieku Łucji. Łucja SAMA do niej podeszła i powiedziała: Cześć, mam na imię Łucja. Może zostaniemy przyjaciółkami? I zostały. Dzień później już chodziły po całej tej posesji i bawiły się w TRZY BIEDNE SIOSTRY, KTÓRE SZUKAJĄ PRAWDY… Rodzice Hani twierdzą, że ona tego nie wymyśliła. A przy rozstaniu nowa koleżanka się popłakała, więc za rok mam się z jej mamą zmeilować, gdzie jedziemy :))